wtorek, 19 lutego 2008

Diabeł tkwi w szczegółach

Wbrew swojemu, najlepiej pojętemu interesowi, nabawiłem się pewnej modelarskiej przypadłości, która utrudnia mi pracę i wydłuża ją poważnie. Aby ożywić figurki, dodać im niepowtarzalnego charakteru i dzięki temu wyróżnić spośród innych, staram się ozdobić je, zgodnie z duchem epoki, do której przynależą. Czasami chodzi o dobór kolorów, innym razem o specyficzne ozdoby na ciele lub strojach czy o specyficzną symbolikę na pancerzach i tarczach. Malując figurki starożytnych wojowników, miałem dostęp do ciekawych opracowań archeologicznych i teorii historyków na temat wyglądu takich szczegółów. Od kiedy przesiadłem się na wczesno-średniowieczną armię Madziarów, pojawiło się w tym zakresie więcej problemów.

Na szczęście udało mi się znaleźć w sieci skany z ciekawej, węgierskiej książki, poruszającej temat strojów epoki średniowiecza. Dwa podstawowe wnioski po przestudiowaniu rysunków były następujące. Po pierwsze przeprosić się będzie trzeba z jaskrawymi kolorami, zieleniami, czerwieniami, błękitami, w które poubierać będzie trzeba moich jeźdźców. Po drugie, Madziarowie nie stronili od niezwykle bogatych, kwietnych wzorów, pokrywających ich stroje, kołczany, siodła. Większość z tych wzorów niemal niemożliwa jest do przeniesienia na figurki o rozmiarze 15mm, ale postanowiłem nie poddawać się i spróbować swoich sił.

Jeszcze nim mój pędzel dotknie pierwszego wierzchowca i jego jeźdźca pomalowana zostanie  cała, potrzebna, słowiańska piechota. To ona właśnie posłużyła mi za poligon doświadczalny, dla pierwszych prób z ozdabianiem strojów. Na dołączonych do mojej notki zdjęciach, możecie ocenić jak mi poszło.

Niestety znacznie trudniej było ze zdobieniami tarcz, te musiałem wymyślać sam, bazując w sporej mierze na klasycznych wzorach, kojarzonych z ludami zachodniej i północnej Europy. Mam nadzieję, że znawcy tematu wybaczą mi tę nieścisłość i podeślą jakieś informacje, jak poprawić ewentualne błedy.

Bez przekonania

Po normańskich szaleństwach stycznia postanowiłem nieco odsapnąć, stąd blog przykurzył się nieznacznie. Wznowienie działań zaczepnych w kwestii malowania oznaczało powrót do saksońskiej armii. Kilka minut dziennie - to wszystko, co z siebie wykrzesałem w ciągu ostatnich dwóch tygodni. W myśl zasady, że na początek brać się należy za bary z najtrudniejszymi zadaniami, na biurko trafiło tym razem pięć elementów 3Kn. Nie wiem, co to za zasada i czy zasadna... Wygląda na to, że pomysł z wyborem wspomnianych elementów traci nieco masochizmem - poprzednie cztery elementy z tej armii, które ukończyłem jeszcze w ubiegłym roku, to też Kn. Dlatego męczę się nieco z delikwentami. W dodatku ciągle brak mi przekonania: na poziomie ogólnym, czy to armia, którą szczerze chciałbym mieć w swoich zbiorach, na poziomie szczegółowym zaś - skąd te kropierze w X wieku?! A kiedy nie mam do czegoś przekonania, to męczę się niemiłosiernie, stąd mierne tempo prac. Na szczęście po zakończeniu tego etapu prac będę mógł się poświęcić pieszym elementom i to właśnie światełko w tunelu trzyma ma jakoś przy realizacji zamiarów. Konnych elementów zostanie już później do skompletowania całości niewiele - będę żył.
Mam pewien dyskomfort odnośnie malowanych wzorów i nie pojmuję, dlaczego Essex proponuje w swoim zestawie do Wczesnych Franków konie z kropierzami. Jest to absolutnie ahistoryczne, szczególnie dla potrzeb kampanii rozgrywanej w X wieku, ponieważ kropierz pojawił się dopiero w XII wieku, w związku z krucjatami (nie doczytałem jeszcze dlaczego, ale zakładam, że chodzi o znak krzyża). Dużo lepsze wrażenie robią wzory bez kropierza, których na szczęście kilka zestaw zawierał.
Na dzisiaj wystarczy - nie ma się co przemęczać a czasu jeszcze sporo. Rozważam nawet opcję, żeby jeźdźcy trafili na warsztat po pieszym przerywniku, ale po co robić tak odległe plany?

piątek, 15 lutego 2008

Cisza jak makiem zasiał

Nie dość, że mój blog zarósł pajęczynami, to jeszcze od bardzo dawna nie było na nim nic o tym, co też dzieje się na moim warsztacie. Ci, którzy zaglądają do mojego bloga mogą jednak zobaczyć w swoistym podglądzie, że coś się cały czas rusza, choć nie w takim tempie jakbym sobie tego życzył.

Moje iberyjskie wycieczki nabrały tempa ledwo dobudzonej dżdżownicy i pełzają ku przodowi z typowo angielską flegmą. W pudełeczku wylądowało swego czasu kilku nowych wojowników, zasilając podlistę II/39a i częściowo zapewne II/39c. Tymczasem czekają mnie z dawna odkładane zakupy w postaci metalowych figur Celtyberów w kolczugach i z włóczniami (dziękuję za namiary na sprzedawców Pablo!), których już zamówiłem i dodatkowego pudełka plastikowych wojaków firmy HaT. Nim jednak wrócę do malowania Hiszpanów czeka mnie jeszcze obowiązek (wcale nie przykry) dokończenia mojej armii do zbliżającej się wielkimi krokami kampanii. O tych pracach napiszę już jednak następnym razem.

Prócz komponowania kolejnych armii do DBA, wziąłem również udział w kolejnej naszej „zgiełkowej” zabawie, której efekty zobaczycie na naszych łamach już w przyszłym tygodniu. Uchylając jednak rąbka tajemnicy, mogę powiedzieć, że tym razem będziecie mieli okazję zobaczyć, w jaki sposób poradziliśmy sobie z zadaniem kompozycyjnym przewyższającym stworzenie fikuśnej podstawki pod figurkę. Praca zajęła mi nieco czasy, ale z efektów jestem dość zadowolony i wprost umieram z ciekawości waszych komentarzy.

No dobrze, na dziś wystarczy. Blog nieco odkurzony i nawet podłoga umyta. Mam nadzieję, że będzie mi się wchodziło tu przyjemniej i częściej będę miał coś do napisania. Do zobaczenia więc!

czwartek, 14 lutego 2008

Dzień święty święcić

To mogło wydarzyć się tylko w niedzielę. Dnia pańskiego 10 lutego, roku też pańskiego 2008 stał się cud. Pchnięty złożoną sobie poprzedniego dnia obietnicą zabrałem się za dwunastu biczowników. I stało się, cały dzień spędzony nad modelami zaowocował dwunastoma pomalowanymi Flagelantami. To chyba znak, 12 jak dwunastu apostołów, w dodatku biczownicy-pokutnicy, i to wszystko w niedzielę, i jakby tego było mało to 10 luty... no dobra przesadziłem. W każdym razie pierwszy raz udało mi się coś takiego.
Kolejny regiment Imperium odfajkowany, uff. Wielkimi krokami zbliżam się do końca bo pozostał jeszcze tylko jeden regiment plus jakieś niedobitki. Moi Biczownicy składają się z trzech edycji modeli i kilku figurek z Mordheim. Od osobników z karykaturalnie wielkimi stopami z chyba 4 edycji Warhammera, przez 5-edycyjnych rozczochrańców, po jak na razie najładniejszych pokutników z poprzedniej edycji. Podoba mi się ten oddział, który jest taką tęczą i przekrojem przez lata historii tego systemu. Pozwala porównać zmiany i postęp w modelach i uronić łezkę po starych dobrych czasach.

Regiment jest raczej pomalowany na szybko i bez sensacji. Chyba chęć skończenia armii i ciągoty do wampirów zmuszają mnie do takich posunięć. Ze względu na specyficzny charakter tej jednostki nie przyporządkowuję jej do żadnego regionu. Jest to raczej zbieranina grzeszników z całego Imperium, którzy aby odkupić swoje winy walczą dla Sigmara. Czas teraz zabrać się za ostatnią ekipę czyli Wolną Kompanię.

PS. Galerię imperialną aktualizowaną w miarę na bieżąco znajdziecie pod tym linkiem.

wtorek, 12 lutego 2008

Byle do przodu

Po dłuuuugiej przerwie wracam z kolejnym wpisem. W sumie nie miałem za bardzo o czym pisać to nie pisałem. Od 2 miesięcy kompletny brak weny i malarskiej i pisarskiej wyłączył mnie z blogowego świata. Codziennie sobie powtarzałem żeby wziąć się w garść i malować, malować, malować. Jakoś nie wychodziło. Co jakiś czas dzióbnąłem troszeczkę to w armii wampirów, to w imperialnej, a to znowu w Rusach do DBA. Niestety żadnych konkretnych działań nie udało mi się zrealizować, ale może te drobiazgi zaowocują w przyszłości.


Wracając do tematu, kilka dni temu wziąłem się w sobie i postanowiłem w końcu dokończyć moich imperialnych kuszników. Częściowo zmotywowała mnie zbliżająca się reedycja podręcznika Vampire Counts. Chciałbym mieć końcówkę malowania Imperium w okolicach wydania nowej księgi, żeby zabrać się z czystym sumieniem za nieumarłych. Czasu zostało niewiele, miesiąc na 40-kilka figurek. Liczę tylko regimenty ponieważ bohaterów zostawiam sobie na powolny „deser”. Herosi muszą być dopieszczeni i będę z malowania ich czerpał mnóstwo przyjemności.


Kusznicy pomalowani zostali w barwy Wissenland czyli biało – szarzy. Żadnego niesamowitego efektu po prostu pomalowany oddział. Za radą Szeperda postanowiłem zrobić im kusze w nietypowym odcieniu mahoniu. No, to tyle, do roboty.

RSS FeedRSS