Po normańskich szaleństwach stycznia postanowiłem nieco odsapnąć, stąd blog przykurzył się nieznacznie. Wznowienie działań zaczepnych w kwestii malowania oznaczało powrót do saksońskiej armii. Kilka minut dziennie - to wszystko, co z siebie wykrzesałem w ciągu ostatnich dwóch tygodni. W myśl zasady, że na początek brać się należy za bary z najtrudniejszymi zadaniami, na biurko trafiło tym razem pięć elementów 3Kn. Nie wiem, co to za zasada i czy zasadna... Wygląda na to, że pomysł z wyborem wspomnianych elementów traci nieco masochizmem - poprzednie cztery elementy z tej armii, które ukończyłem jeszcze w ubiegłym roku, to też Kn. Dlatego męczę się nieco z delikwentami. W dodatku ciągle brak mi przekonania: na poziomie ogólnym, czy to armia, którą szczerze chciałbym mieć w swoich zbiorach, na poziomie szczegółowym zaś - skąd te kropierze w X wieku?! A kiedy nie mam do czegoś przekonania, to męczę się niemiłosiernie, stąd mierne tempo prac. Na szczęście po zakończeniu tego etapu prac będę mógł się poświęcić pieszym elementom i to właśnie światełko w tunelu trzyma ma jakoś przy realizacji zamiarów. Konnych elementów zostanie już później do skompletowania całości niewiele - będę żył. Mam pewien dyskomfort odnośnie malowanych wzorów i nie pojmuję, dlaczego Essex proponuje w swoim zestawie do Wczesnych Franków konie z kropierzami. Jest to absolutnie ahistoryczne, szczególnie dla potrzeb kampanii rozgrywanej w X wieku, ponieważ kropierz pojawił się dopiero w XII wieku, w związku z krucjatami (nie doczytałem jeszcze dlaczego, ale zakładam, że chodzi o znak krzyża). Dużo lepsze wrażenie robią wzory bez kropierza, których na szczęście kilka zestaw zawierał.
Na dzisiaj wystarczy - nie ma się co przemęczać a czasu jeszcze sporo. Rozważam nawet opcję, żeby jeźdźcy trafili na warsztat po pieszym przerywniku, ale po co robić tak odległe plany?


0 komentarzy:
Prześlij komentarz