niedziela, 22 lutego 2009

Okiem Cezara

W zasadzie to nie miało tak wyjść, że ja zaczynający swoją przygodę z wargamingiem pojawię się z blogiem na Bitewnym Zgiełku.  BZ czytałem przez kilka miesięcy po trafieniu nań w poszukiwaniu informacji o DBA, w życiu bym nie podejrzewał, że tsar tak szybo mi odpisze na mój nieśmiały email z garścią pytań. Więcej, w życiu bym nie podejrzewał, że zwiążę się ze zgiełkową załogą na dłużej jako jeden z autorów serwisu. Jakie życie potrafi być zaskakujące. Oto jestem ! Mój pierwszy blogowy wpis chciałbym zadedykować kolegom, którzy mnie wspierali i dopingowali do zagłębienia się w hobby. Chciałbym go również zadedykować tym wszystkim, którzy zaczynają dopiero przygodę z wargamingiem i trafiają na Bitewny Zgiełk. Prawie dokładnie rok temu skończyłem przygotowanie mojej armii do systemu DBA, jej zdjęcia ilustrują ten wpis. Aż się łezka w oku kręci jak przypomnę sobie ile trudu i czasu włożyłem osiągnąwszy mizerne efekty w postaci armii zachlapanej farbą.

W ubiegłym tygodniu skończyłem malować ostatni okręt do mojej floty do Battle Fleet Gothic, z dumą go Wam prezentuję w całej okazałości. Widać różnicę między pierwszymi modelami a tym? Przez ów rok przygotowałem armię do DBA w skali 15 mm, flotę do BFG, drużynę do Blood Bowla, i na dniach kończę malować ostatni oddział do armii do systemu Warmachine. Wszystkie te projekty miałem możliwość zaprezentować Czytelnikom na łamach BZ w formie artykułów, teraz dzięki blogowi postaram się na bieżąco dzielić własnymi doświadczeniami o odczuciami jakie ma taki początkujący żółtodziób jak ja, zapraszam więc do czytania moich myśli w nowym zgiełkowym blogu „Okiem Cezara”.

Tyle tytułem wstępu, Nieco szerzej o  moim świeżutko skończonym okręcie. Pancernik klasy Emperor to naprawdę spory model. Składanie go i przygotowanie do malowania zajęło mi całe popołudnie, a malowanie kolejne kilka godzin dnia następnego. Okręt kupiłem razem z resztą mojej floty, ale musiał on poczekać w suchym doku aż znajdę w końcu trochę więcej czasu. Przy składaniu całości bardzo trzeba uważać na symetrię bo nie wszystkie częśći idealnie do siebie pasują i trzeba się napiłować, przycinać i użyć odrobinę green stuff`u albo szpachli modelarskiej. Jako że to drugi w mojej flocie okręt przenoszący myśliwce i bombowce, postanowiłem go pomalować w takiej samej palecie jak krążownik klasy Mars, ale ciut inną techniką.

Praktycznie całe malowanie kadłuba to jeden wielki drajbrasz. Pierwszą warstwę codex grey nałożyłem ogromnym płaskim pędzlem przecierając solidnie cały model, kolejnym krokiem było zrobienie czarnego washa na całym modelu a potem znowu drajbrasz tym razem fortress grey. Następnie dwa rozjaśnienia najpierw szarym z białym a potem delikatnie samym białym i kadłub był gotowy. Wystarczyło położyć porządny czerwony oraz ładne metaliki i okręt gotowy. Wykonałem również pewną modyfikację otóż klapy tylnich sterów są inne niż te które widziałem na zdjęciach innych okrętów tej klasy. Na koniec klika uwag dotyczących budowy modelu. Niestety GW nie załącza instrukcji składania do pudełka z okrętem, więc warto sprawdzić jak ma on wyglądać w Internecie. Jest masę zdjęć w sieci na stronach poświeconych BFG, można na nich też podpatrzeć pomysły na malowanie, bo niektóre są naprawdę świetne. Cóż moi Drodzy, do następnego razu!

sobota, 21 lutego 2009

Powrót długich łodzi

W święta miałem trochę czasu, więc postanowiłem dokończyć coś, co zacząłem niejako na próbę na początku ubiegłych wakacji –a mianowicie pierwszy oddział wikingów do systemu Warmaster Ancients. Padło na hird, bo od początku było jasne, że będzie się go najszybciej malowało –wszak panowie ci składają się w dużej mierze z kolczug i toporów ;). Nie zmienia to faktu, że do pozostałych dwóch podstawek (pierwszą, jak już mówiłem zrobiłem w wakacje) nie mogłem się zabrać przez wiele miesięcy. Dobrnąłem jednak do końca i muszę powiedzieć, że sporo przyjemności dało mi malowanie tych 10-cio milimetrowych mikrusów –głównie ze względu na jakość wykonania modeli (Magister Militum). Warto dodać, że różnorodność jest tu naprawdę duża, o ile w hirdzie mamy cztery wzory (nie licząc chorążego i muzyka), o tyle bondi to aż dziewięć wzorów, nie wspominając już o chorążych, których naliczyłem chyba z pięciu. W gruncie rzeczy słabo się znam na tej skali, ale wydaje mi się, że to całkiem sporo…Oddziałów bondi mam na razie cztery  –to zaledwie (sic!) 120 figurek. Zaledwie, bo owe 4 oddziały to według rozpiski niezbędne minimum, a są jeszcze łucznicy, piechota typu „skirmish” oraz berserkerzy. Spodziewam się, że prawdziwa jazda zacznie się gdy trzeba będzie owych bondi pomalować –wspomniana duża różnorodność i brak łatwych do pomalowania kolczug na pewno nie przyspieszą pracy. Na początek planowałem armię o wartości 500 pkt. (hird i 4 x bondi to 275 pkt.), ale zdaję sobie sprawę, że w tym systemie to tyle, co kot napłakał. Hird, to była jednak tylko przymiarka –na razie trzeba odłożyć wikingów na bok i zająć się sezonową armią do DBA –pierwszym dwóm elementom (2x4 Sp) zostały do zrobienia już tylko podstawki.

Elle est la plus belle

Będąc ostatnio w permanentnym parterze, który to stan zaowocował odcinaniem się od niemal wszystkiego, wróciłem do pewnej książki, którą kupiłem jeszcze w czasach szkoły średniej. O ile dobrze pamiętam, to znalazłem ją w księgarni nad Bałtykiem. Byłem wtedy nastolatkiem; od lat pochłaniała mnie ogólnie pojęta marynistyka. Kartonowe i plastikowe modele okrętów, kilogramy książek tematycznych. Na owe czasu pozycja, o której piszę, była dla mnie rarytasem. Mowa o książce “Pancerniki II wojny światowej”. Będąc wieloletnim pasjonatem okrętów tego okresu, miałem (i mam do dzisiaj) dość mocno wyrobione zdanie na temat różnych klas, konstrukcji i znajdowania wśród nich osobistych faworytów. Przykładem może być polski niszczyciel “Grom” czy brytyjski liniowiec “Rodney”. Kiedy kupiłem omawianą wcześniej książkę i zajrzałem do kapitalnych i nie znanych wcześniej zdjęć, od razu przepadłem z kretesem z powodu pewnej piękności. Anglicy mówią na okręt w rodzaju żeńskim - ‘she’. I, do licha, mają świętą rację! Do tego zjawiska porównać można jedynie Afrodytę z morskiej (sic!) piany. O jej kształtach pisać tylko wiersze, piać peany, zabijać się z pasji. A co ja zrobiłem? Zapragnąłem mieć jej podobiznę w domu, podjąć trud zmaterializowania jej pełnej świetności mierną imitacją, będącą efektem pracy moich podłych rąk. Czy starczy mi odwagi? Czy wyzwanie mnie nie przerośnie? Qui vivra verra. Elle est la plus belle…

poniedziałek, 2 lutego 2009

Sen zimowy

Porównując styczeń 2009 do ubiegłorocznego (kiedy to pomalowałem kompletną armię do DBA), określenie ‘sen zimowy’ jest chyba bardziej, niż trafione. Czytam też swój ostatni wpis blogowy - łabędzi śpiew? Ano, coś w tym guście. Ostatnie kilka tygodni to kompletny rozbrat z bitewnym hobby. I żadnych widoków na przyszłość.
Zdjęcie, które publikuje, przedstawia figurkę o tytule’ Szeperd to czy baran?”. To taki prezent od starego kumpla, którego tu dawno nie było. Podwójnie miły, bo wiem, że u niego podobnie z malowaniem czy graniem. Tym bardziej mi miło, że wypuścił coś spod ręki, a w dodatku pofatygował się na pocztę, w celu wysłania rzeczonej scenki rodzajowej. Dzięki! Ten mały performance całkiem ujmujący - przypomina stare lata, uświadamia upływ czasu i takie tam. No i tyle na dzisiaj. Nie piszę ‘do usłyszenia wkrótce’, bo po co 'łeż' uprawiać. Blog, farby i figurki wtapiają się powoli w wystrój szafki i czeka je spora warstwa kurzu. Pora zagonić trzódkę do zagrody. Dobrej nocy.

niedziela, 1 lutego 2009

5 minut

Trzeba by w końcu odświeżyć blog i znów podzielić się z Wami - czytelnikami Bitewnego Zgiełku - radością twórczej pasji, oraz jej efektów. Nie będę wiele pisał, bo czas ciągle mnie pogania, a kolejne zadania, czy to na uczelni, czy to w pracy odsuwają hobby na bok, czasem wpędzając w refleksję, nad tym, czy warto już i aż tak dużo czasu poświęcać tylko na pracę? W każdym razie postanowiłem znaleźć 5 minut czasu na napisanie tego wpisu, założony czas ucieka, więc przejdę do meritum. Otóż, chciałem się podzielić pierwszym większym sukcesem na polu konwersji, może nawet po części figurkowego rzeźbiarstwa: poniżej widzicie wymodelowaną w dużej mierze przeze mnie scenę, która stanie się elementem braci obozowej w armii średniowiecznych Prusów (dla tych którzy śledzą blog: tych z drzewkami na podstawkach). Scena ma być (dość sztampowym, w sumie) obrazem "błogosławieństwa wojownika". Szukając materiałów na temat Prusów, znalazłem wzmiankę o szamanach-kapłanach, którzy mieli odprawiać pochówki zmarłych, a którzy podczas pogrzebów wpadali w trans i patrząc w niebo przedstawiali zebranym bliskim zmarłego wizję jego tryumfalnego wejścia w dziedzinę bogów (do krainy wiecznych łowów, nieba, jak kto tam to nazywa). W sumie niewiele wiadomo więcej na ich temat, poza tym, że ponoć tryumf opisywali bardzo doniosłym głosem, krzycząc niemalże. Z tej wizji i z posiadania jednej figurki zrodził się pomysł zrobienia kapłana patrzącego w niebo i przepowiadającego rychłe zwycięstwo wojownikowi, który z pokorą i wiarą przyjmuje słowa kapłana. Czy takie zdarzenia mogły mieć miejsce? Czy kapłani zajmujący się pochówkami mogli błogosławić wojowników? Czy pokazana scena nie jest za bardzo "standardowa", "amerykańska", "sztampowa" ? Tego nie wiem, mogę tylko liczyć na Wasze komentarze. Wiem natomiast, że modelowanie tej scenki, które miało miejsce w czasie świątecznego odpoczynku przyniosło mi wiele satysfakcji i zabawy. Mimo że zabrało to tyle czasu, że nie zostało go już na dokończenie armii Prusów, nie żałuję. Podjąłem wyzwanie (przez siebie i własna wyobraźnie rzucone), świetnie się bawiłem, a efekty pozostawiam wam do oceny.

PS. Do zakończenia armii Prusów pozostało: modelowanie jednego obozu, malowanie jednego elementu ciurów obozowych, jednego elementu warbandy, oraz podstawkowanie dwóch elementów kawalerii.

RSS FeedRSS