sobota, 21 lutego 2009

Elle est la plus belle

Będąc ostatnio w permanentnym parterze, który to stan zaowocował odcinaniem się od niemal wszystkiego, wróciłem do pewnej książki, którą kupiłem jeszcze w czasach szkoły średniej. O ile dobrze pamiętam, to znalazłem ją w księgarni nad Bałtykiem. Byłem wtedy nastolatkiem; od lat pochłaniała mnie ogólnie pojęta marynistyka. Kartonowe i plastikowe modele okrętów, kilogramy książek tematycznych. Na owe czasu pozycja, o której piszę, była dla mnie rarytasem. Mowa o książce “Pancerniki II wojny światowej”. Będąc wieloletnim pasjonatem okrętów tego okresu, miałem (i mam do dzisiaj) dość mocno wyrobione zdanie na temat różnych klas, konstrukcji i znajdowania wśród nich osobistych faworytów. Przykładem może być polski niszczyciel “Grom” czy brytyjski liniowiec “Rodney”. Kiedy kupiłem omawianą wcześniej książkę i zajrzałem do kapitalnych i nie znanych wcześniej zdjęć, od razu przepadłem z kretesem z powodu pewnej piękności. Anglicy mówią na okręt w rodzaju żeńskim - ‘she’. I, do licha, mają świętą rację! Do tego zjawiska porównać można jedynie Afrodytę z morskiej (sic!) piany. O jej kształtach pisać tylko wiersze, piać peany, zabijać się z pasji. A co ja zrobiłem? Zapragnąłem mieć jej podobiznę w domu, podjąć trud zmaterializowania jej pełnej świetności mierną imitacją, będącą efektem pracy moich podłych rąk. Czy starczy mi odwagi? Czy wyzwanie mnie nie przerośnie? Qui vivra verra. Elle est la plus belle…

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

RSS FeedRSS