czwartek, 23 kwietnia 2009

Bałwan

Kontynuuję moją przygodę z armią Bizancjum. Skończywszy późnym wieczorem kolejną partię wojowników Khorne machnąłem dość szybko element 4Bw (jedna z dodatkowych opcji na liście armii). W gruncie rzeczy figurki przedstawiają kuszników - nie łuczników, jak wskazywałby na to symbol Bw. Nic w tym złego, ponieważ idea, jaka stała za tym wzorem (znów pomysł MiSiA), polegać miała na tym, że strzelcy owi pochodzić mają z jednej z kupieckich republik. Nic bardziej tu nie pasuje, jak sama Wenecja. Republika ta bowiem jest ściśle związana z losami krucjat - flota wenecka transportowała wojska krzyżowców na tereny Bliskiego Wschodu, zyskując zresztą w efekcie liczne przywileje handlowe. Rzuciłem hasłem do niezawodnej Wikipedii, szukając symboliki właściwej temu miastu. Herb nasycony jest kolorami czerwonymi, których mam już dość sporo w omawianej armii. Stąd wybrałem nieco inne odcienie. Jakie? Ano w nagłówku poświęconym Wenecji widniały dwie flagi - Cesarstwa Bizantyjskiego (sic!) i żółto-czarna. Stąd kolor. Nazajutrz sprawdziłem czemu zostały tam umieszczone. Otóż Bizancjum uważane było za poprzednika Republiki Weneckiej, flaga żółto-czarna zaś… Cóż, dotyczy sukcesora, czyli monarchii Habsburskiej… ot spóźnione odkrycie. Bałwan…

sobota, 18 kwietnia 2009

Sztuka Wojenna Starożytnej Grecji

Kiedy za sprawą mojej Ukochanej w moje ręce trafiła książka „Sztuka wojenna starożytnej Grecji” wiedziałem, że będę musiał napisać jej recenzję. Książkę autorstwa Grzegorza Lacha wydało wydawnictwo „Inforteditions” w ramach swojej serii Bitwy/Taktyka. Wiedziałem również, że pozycja ta wygrała plebiscyt portalu hitoria.org.pl na Książkę Historyczną Roku 2008, więc zapowiadało się smakowicie. Opracowanie Lacha obejmuje ewolucję greckiej sztuki wojennej od zakończenia wojen perskich do tzw. reformy Ifikratesa. Całość wywodu autora została ujęta w sześciu rozdziałach głównych, okraszonych wstępem, zakończeniem, opisem stanu badań nad źródłami, zestawieniem bibliografii oraz aneksami. I na tym w zasadzie mogę zakończyć recenzję... Dlaczego tak stwierdzam wyjaśnię później, bo rzetelność recenzji przede wszystkim i czas przejść do krótkiej analizy treści „Sztuki wojennej starożytnej Grecji”.

Po postawionej we wstępie tezie o ewolucyjnym charakterze zachodzących przemian greckiej sztuki wojennej, oraz po założeniu, iż reforma Ifikratesa była zwieńczeniem okresu przemian skoncentrowanego dynamicznymi zmianami wywołanymi długim konfliktem między Atenami i Spartą, autor opisuje Czytelnikom stan badań nad źródłami. Jak w każdym opracowaniu o Starożytności wywód o źródłach zajmuje więcej niż dwie strony… Nie ma się co oszukiwać, naszą wiedzę o tamtym okresie czerpiemy głównie z „Wojny Peloponeskiej” autorstwa starożytnego historyka Tukidydesa, uzupełniając, czy weryfikując jego relacje innymi pracami autorów mu późniejszych. Polskie tłumaczenie Tukidydesa czytałem lata temu i gorąco polecam tą lekturę każdemu, choćby odrobinę interesującemu się historią człowiekowi. Wracając do recenzji, w rozdziale pierwszym, mającym inny układ niż pozostałe, Lach przedstawia nam stan greckiej wojskowości po zakończeniu wojen z Persami, jak i wpływ greckiego zwycięstwa na stan sztuki militarnej. Ten rozdział przeczytałem bardzo uważnie, jako że można dowiedzieć się mnóstwa rzeczy na temat struktury militarnej, społecznej i politycznej świata antycznego tego okresu. Wszystkie pozostałe rozdziały książki mają podobną strukturę: są podzielone na pewne części. Najpierw Lach nakreśla nam historyczne tło opisywanego okresu, potem przytacza konkretne przykłady operacji wojskowych na lądzie i morzu, które potem poddaje analizie i syntezie, wykazując czynniki wpływające na zmianę, lub regres sztuki wojennej. Omawiane okresy to poszczególne etapy wieloletniego konfliktu zbrojnego, który wstrząsnął ówczesnym światem i ludźmi go zamieszkującymi, czyli wspomnianej wojny peloponeskiej. Od wybuchu konfliktu i wojny archidamijskiej, poprzez sycylijską awanturę aż po wojnę deklejską Czytelnik może prześledzić poczynania ówczesnych wodzów, sposoby walki na morzu i lądzie, zmiany, jakie się dokonywały na oczach ówczesnych ludzi. Te rozdziały to kopalnia solidnej historycznej wiedzy, opartej na poważnych badaniach, ilość cytatów i przypisów jest ogromna. Strasznie mi się podobały oryginalne zapisy w starożytnej grece z polskimi tłumaczeniami. Mam wielki szacunek do takiego warsztatu i włożonej pracy. Znacznie poszerzyłem swój stan wiedzy na temat tego konfliktu, bez potrzeby kopania w tonach materiałów czy książek. Jako, że opublikowany materiał jest próbą syntetycznego uchwycenia pewnych procesów, traktuje przedmiot rozprawy przekrojowo, ale dość szczegółowo. Zresztą nie mnie to oceniać, nie jestem badaczem ani historykiem. Książka to solidna naukowa pozycja. I tutaj dochodzimy to sedna mojego stwierdzenia z początku tego tekstu. To jest pozycja naukowa... Masa informacji i przypisów, cytatów, ascetyczne wydanie: proste mapy, schematy, zero zdjęć choćby materiału archeologicznego czy ikonograficznego, na który miejscami powołuje się autor. Książka jest napisana momentami tak drewnianym i nienaturalnym językiem, że czytając te językowe połamańce  nieźle się uśmiałem! Rozumiem, że autor to badacz i naukowiec, a praca jest jego publikacją naukową. Nie znaczy to jednak, że przy całym stanie wiedzy i analiz w niej zawartych nie powinno się jej czytać z przyjemnością i chęcią poznania historii.

Pseudonaukowy bełkocik w tej bardzo dobrej książce powoduje jedynie uśmiech na twarzy. A narracja, raz w trzeciej osobie liczby pojedynczej a raz w trzeciej osobie liczby mnogiej przypomina mi inauguracyjny wykład na rozpoczęcie roku akademickiego a nie wydaną drukiem dostępną w księgarni dobrą książkę... Niemniej, mimo pewnych zarzutów, co do sztucznej narracji gorąco polecam wszystkim miłośnikom historii „Sztukę wojenną starożytnej Grecji” Grzegorza Lacha.

Cezary Opaliński

wtorek, 7 kwietnia 2009

Wcale nie śpię

Dzisiaj nie wytrzymałem i postanowiłem, że pokażę Wam, nad czym obecnie pracuję. Nie chciałem, żeby ktoś pomyślał sobie, że stary pies pasterski maźnie tylko od czasu jakieś 15mm’ówki. O nie! Pracy mam znacznie więcej. Na tyle sporo, że ustaliłem poniedziałkowy i czwartkowy wieczór ‘dniem wewnętrznym’, kiedy bez względu na samopoczucie i dyspozycję siadam do farb. O co chodzi? Ano o malowanie konkretnej kolekcji miniatur. Obecnie pracuje seryjnie nad dwoma pudełkami dość groźnych i charakterystycznych figur. Ponieważ tzw. tutoriale są w sieci mocno dostępne i, jako takie, w swoim pomyśle już oklepane, stwierdziłem, że zamiast pisać kolejny, po prostu umieszczę jego miniwersję na blogu. To, co prezentuję, nazywam po prostu Fazą 1, która w przypadku tych konkretnych wojowników opiera się na malowaniu kolorami podstawowymi oraz nowym washem w następującej sekwencji: Boltgun Metal - przecierka na sprzączkach, kolcach, ostrzach; Scorched Brown - buty, pasy, futro, pazury, rogi, rękawice; Mechrite Red - zbroja; Chardon Granit - płaszcz, Bestial Brown - rękojeść, Dheneb Stone - czaszki, styliska. Na koniec wszytko zalewam sporą dawką nowego washa Devlan Mud. Jak zdążyłem już usłyszeć tu i ówdzie, farby te sprawiły, “że dzieciaki odkryły, jak proste może być malowanie i jak efektowne przy niewielkim nakładzie pracy”. Dzieciakiem nie jestem, co do tych peanów, w sumie nie są bezpodstawne. Tak czy inaczej opisaną powyżej metodą maluję po 5-6 wojowników w jednej serii. Kolega na szpicy jest gotowy - był prototypem do testów. Zdjęcie nie za duże, bo efekt chce zachować na koniec. I sądzę, że będziecie ukontentowani, bo praca jest w zamierzeniu zespołowa, regimentów będzie więcej, kolekcja zbierze się całkiem pokaźna. Na dzisiaj wystarczy jednak ‘puszczania pary z gęby’. Wkrótce pokażę Fazę 2 (jeszcze tylko dwa command grupy zaliczą jedynkę) - myślę, że już po świętach. Do następnego wpisu zatem.

niedziela, 5 kwietnia 2009

Keep moving!

Tak jest, to właśnie sposób na to, by dotrzeć do końca - do realizacji celu. Dlatego właśnie uparcie, małymi krokami, podnoszę słupek z procentami realizacji mojej bizantyńskiej armii. Dzisiaj prezentuje dwa konne elementy. Pierwszy z nich, to 3Kn, który reprezentowany jest przez wzory normańskiej konnicy. Chodzi oczywiście o nikogo innego, jak o słynna Gwardię Wareską, która walczyła dla glorii Cesarza i obciążała poważnie jego kabzę. Malowanie oszczędne, aczkolwiek przyjemne. Już zazdroszczę kolegom, który na potrzeby tegorocznej kampanii malują europejskie armie - wzory bowiem sprawiają, że elementy potrafią powstać w ekspresowym tempie. Drugi konny element to niemniej słynni Clibanari (na liście armii 3Cv). Ciężka i doborowa jazda bizantyjska, zuniformizowana regulaminem, budzącą respekt i podziw. Trochę nie do końca jestem zadowolony z figurek. Tak się złożyło, że wzory, które mam, trzymają w dłoniach łuki. Źródła podają, że faktycznie Clibani mogli być w takową broń wyposażenie, ale przede wszystkim walczyli przy pomocy włóczni, jako konnica uderzeniowa. No cóż, nie specjalnie miałem co zrobić. Malowanie w każdym razie zbliżone kolorystycznie do piechoty temowej, a więc oparte na przewodnich kolorach czerwonym i żółtym. Mam jeszcze jeden element Cv i trochę pozamieniałem różne wzory jeźdźców z opancerzonymi końmi, żeby być bardziej zadowolonym z efektu. Trochę cierpliwości i zobaczymy, jak będą się prezentować. Na dzisiaj tyle. Podstawki postanowiłem zrobić hurtowo po pomalowaniu większej liczby elementów. No i będzie lepszy efekt, jak armia trafi w całości do odpowiedniego kącika na BZ. Koniec kwietnia już blisko. Ciekawe jak innym idzie?


wtorek, 31 marca 2009

Armenian mix

Nazwa lepsza raczej dla dostępnych na stadionie składanek bliskowschodniego disco…, ale zupełnie nie miałem pomysłu, jak inaczej nazwać te trzy elementy. Zwykle, podczas pracy nad armią dzielę wojska według typu i tak też je maluję. Skończywszy jednak jeden element rycerstwa, nie wziąłem się za kolejny, lecz właśnie za 2xPs. Doszedłem już do takiego momentu, w którym czuję się trochę zmęczony skalą 15mm – to już taki leitmotiv, przy leidangu było to samo. Do zrobienia (po zmianach w liście armii) zostały jeszcze: 1xKn, 4xLh, 2x7Hd i 2x3Bw. W każdym razie pora na odpoczynek – w ramach którego już napocząłem drugą piątkę chopaków. Co do widocznych na zdjęciu figurek, to jestem zadowolony – ten sam zestaw kolorów, a jednak wciąż można odróżnić panów od hołoty… Nie żebym miał coś do Ormian, tak mi się tylko powiedziało. Ormianie, to naturalnie Psiloi, rycerstwo zaś to ludzie Baldwina z Boulogne. Na tego ostatniego też przyjdzie pora, tylko nie wiem kiedy, bo na razie myślami krążę wokół chopaków i jeszcze paru innych rzeczy, które czekają w kolejce…

RSS FeedRSS