wtorek, 25 września 2007

"Benewent 275 p.n.e." czyli Orzeł z Epiru

Korzystając z gościnnych łam Bitewnego Zgiełku chciałbym zaprezentować Wam kolejną książkę Krzysztofa Kęćka, wydaną przez Bellonę, tym razem w popularnej serii Historyczne Bitwy. Książkę ciekawą, bo prezentującą nam nie tyle samą bitwę pod Benewentum, ile znaną - nieznaną postać króla Epiru, Pyrrusa. Kto z nas nie słyszał powiedzenia „odnieść pyrrusowe zwycięstwo”? Prawie każdy, ale nie koniecznie jest w stanie powiedzieć coś więcej niż frazesy o zwycięstwie prowadzącym do klęski. Z książki Kęćka wyłania się zupełnie inny obraz, nota bene dopiero najnowsze badania Pierra Leveque, na którego monografię powołuje się już na samym wstępie autor, rzuciły inne światło na postać tego znakomitego wodza i dalekowzrocznego polityka, uważanego wcześniej przez wielu historyków za awanturnika i kondotiera. Pozycja ta jest również interesująca z innego względu Otóż po raz pierwszy w historii, rzymskie legiony starły się w polu z nowoczesną armią helleńską. Armią opartą na najlepszych wzorach macedońskich, złożoną z "połączonych broni", a nie, jak siły zbrojne Republiki, na ciężkozbrojnej piechocie. Jak to zwykle bywa z książkami opisującym tak odległe zdarzenia, już w drugim rozdziale autor rozprawia się ze źródłami. Jak zwykle wskazuje problem fałszowania historii przez źródła rzymskie, zwłaszcza annalistów młodszych. Niestety, duża część informacji zawartych w książce opiera się na tych niepewnych źródłach, a więc jest projekcją najbardziej prawdopodobnego, zdaniem autora, scenariusza. To jednak moim zdaniem nie umniejsza wartości tej książki, a wręcz przeciwnie, zachęca do podjęcia wysiłku zapoznania się również z innymi lekturami dotyczącymi konfrontacji Pyrrusa z dumnymi Synami Wilczycy.

Wracając do samej treści, Kęciek stworzył dobrze skonstruowaną opowieść o jednym z najwybitniejszych, wodzów starożytności, krewnego samego Aleksandra Wielkiego.

Po wstępie i rozprawce o źródłach, autor zaczyna snuć opowieść o epirockim władcy Mollosów, Pyrrusie, Przyszedł on na świat w momencie, kiedy rozpalała się zaciekła walka o spadek po boskim Aleksandrze. Wziął w niej udział również ojciec Pyrrusa, walcząc po stronie swojej krewnej Olimpias, matki Aleksandra. Zginął w tym starciu, przez co skazał małego Pyrrusa na życie na wygnaniu, w Ilirii. Gdy chłopiec dorastał, zmagania o schedę po Aleksandrze trwały nadal, i to one pozwoliły mu powrócić tryumfalnie na tron Epiru. Młodego władcę rozpierała energia, udało mu się stworzyć nowy związek polityczny, Symarchię Epirocką Zdołał nawet na krótki czas zawładnąć tronem Macedonii.

Wszystkie te przewroty pałacowe, spiski i intrygi oraz zaciekłe walki o władzę opisane są w kolejnych rozdziałach książki. Bardzo ciekawie się to czyta. Udało mi się, dzięki logicznej i spójnej treści, zrozumieć wiele z zawiłości powiązań dynastycznych i politycznych, tego gorącego dla świata helleńskiego okresu. Utrata tronu macedońskiego i inne niepowodzenia, skierowały uwagę ambitnego władcy w inną stronę: ku zachodnim rubieżom Wielkiej Grecji. Stało się tak, dzięki prośbie poselstwa, jednego z najbogatszych greckich miast, będącego jednocześnie kolonią grecką w południowej Italii - Tarentu. Praktycznie cała środkowa Italia, podbita była przez agresywną młodą republikę znad Tybru. Spowodowało to wzrost zagrożenia miast greckich, znakomicie prosperujących na południu italskiego buta. Rzym, jeszcze zbyt słaby, żeby zmierzyć się z inną potęgą ówczesnego świata - Kartaginą, jak i niemogący "ugryźć" potężnych Syrakuz Agatoklesa, łakomie patrzył na zasobne, ale słabe militarnie, greckie miasta.

Zagrożenie rzymskie stało się wodą na młyn pyrrusowych ambicji - śnie o zachodnim imperium, jak zatytułowany jest rozdział opowiadający prawdopodobne przyczyny wyprawy na zachód Orła z Epiru. Prawdopodobne, ponieważ z braku dokładnych źródeł, nigdy chyba nie poznamy do końca jego motywów.

Dalej znajdujemy dokładny opis sytuacji politycznej i militarnej samego Rzymu, który właśnie wyszedł obronną ręką z kolejnych wojen z Saminiatmi, ale który borykał się jeszcze z buntami podbitych plemion. Co prawda były to bardziej rozbójnicze ludy niż walczący o wolność bohaterowie, niemniej byli bitni, dzielni i potrafili zadać bobu rzymskiemu wolnemu chłopstwu, stanowiącemu naturalną bazę zaciągu do armii konsularnych w tamtym okresie. Zresztą owo wolne chłopstwo było, prócz ambitnych elit Rzymu siłą sprawczą agresywnej polityki podbojów. Było bowiem skore do zagarniania żyznych ziem sąsiadom i brania łupów na pobitym wrogu. Rzym, rosnący wówczas w potęgę, kulturowo tkwił w zaściankowej chłopskiej mentalności, co świetnie obrazuje autor opowiadając historię przybycia do Rzymu wytrawnego dyplomaty Pyrrusa, sędziwego Kineasa, o którym sam Pyrrus mawiał, że zdobył on dlań więcej miast swoimi mowami niż król zbrojnie. Kineas po przybyciu do Rzymu, celem odbycia rokowań po jednej z klęsk zadanych przez Pyrrusa rozdawał kosztowne prezenty rzymskim notablom. Nie były one próbą korupcji, tylko powszechnie uznawanym w świecie helleńskim gestem przyjaźni i dobrej woli. Rzymscy notable, nieobyci w świcie, zareagowali oburzeniem i potraktowali obyczaje wysublimowanego Kineasa jak chłopki - roztropki, traktując ten gest z nieufnością i obrzydzeniem. Do tej kwestii autor jeszcze wróci w ostatnich rozdziałach książki.

Kiedy dni niepodległości Tarentu zdawały się być policzone, po negocjacjach posłów tarentyńskich Pyrrus zdecydował się na wyprawę. Prawdopodobnym jest, iż nie wierzył w zapewnienia tarentynów o czekającej na wodza wspaniałej licznej armii, aczkolwiek rodzący się bunt plemion Italii przeciwko rzymskiej dominacji z pewnością dobrze rokował. Wysłał więc do Tarentu posiłki, pod wodzą Miona, zaufanego żołnierza, a potem drugie, pod wodzą samego Kineasa, mającego dyplomatycznie przygotować wyprawę swojego władcy. Tymi zdarzeniami zaczyna się kolejny rozdział, zatytułowany "Pyrrusowa Armia". Według mnie, jest on najbardziej ciekawy, ponieważ daje okazję zapoznania się z dokładną strukturą i sposobami walki nowoczesnej helleńskiej armii. Szczegółów nie zdradzę, poza informacją, która mnie zaskoczyła. Otóż słonie używane przez Pyrrusa, były już w powszechnym użyciu w armiach Hellady, a sprowadzano je wraz z kornakami z dalekich Indii, oczywiście za bajońskie kwoty. Świadczy to dobitnie o zasięgu helleńskiego kręgu cywilizacyjnego, 23 wieki temu, bez łączności satelitarnej, transportu lotniczego czy morskiego, potrafiono wymieniać dobra na tak ogromnym obszarze. I niech ktoś mi powie, że ówcześni ludzie nie mieli w sobie prawdziwej wielkości! Rzymianie spotkali się ze słoniami w czasie pierwszej wielkiej bitwy z pyrrusowymi hufcami po Herakleą, o której dość szczegółowo opowiada następny rozdział.

Pyrrus pod Herakleą odniósł błyskotliwe zwycięstwo dzięki swym umiejętnościom wodza, jak i wyższości armii helleńskiej, składającej się z różnych rodzajów wojsk, nad nieustępliwymi, ale uniwersalnymi Rzymianami. Warto również zauważyć, że słynna technika stawiania obozu przez armie rzymskie była podpatrzona przez nich u Pyrrusa właśnie.

Kolejne rozdziały, to opowieść o poderwaniu się do walki antyrzymskiej koalicji plemion sabelskich i  samnickich, marszu Pyrrusa na Rzym oraz zagmatwanych negocjacjach pokojowych, zerwanych przez obie strony. Doszło również do kolejnej bitwy, w której Pyrrus zgromił pod Auscullum legiony po raz wtóry. No i w końcu Benewentum. Po 5 latach bojów na obcej ziemi, bitwa chyba nierozstrzygnięta, no i najgorzej opisana w samych tekstach źródłowych. Rzymianie twierdzą, że wygrali właśnie oni, źródła greckie nie są zgodne, a wszystko wskazuje na nierozstrzygnięty bój.

Cała środkowa część książki, którą w telegraficznym skrócie zaprezentowałem przed chwilą jest napisana bardzo rzetelnie, barwnym, jak to u Kęćka, językiem. Nie będę jej opisywał tak szczegółowo, jak początkowych rozdziałów, żeby nie psuć Czytelnikom radości z lektury. Przewrotnie nie zdradzę też losu, jaki spotkał tego wybitnego wodza i dalekowzrocznego polityka, który chyba jednak nie był szaleńcem i awanturnikiem, jak kiedyś uważano. Orzeł z Epiru, jako człowiek wielkiego formatu potrafił drogą podbojów i dyplomacji stworzyć siłę, która rzuciła wyzwanie rosnącej potędze Rzymu oraz silnej Kartaginie. I sprawić obu solidne baty. Zupełnie też nie przystaje do lansowanego kiedyś poglądu o donkiszoterii Pyrrusa fakt, że w rzeczywistości był on jedynym helleńskim władcą, który w polu pobił legiony i maszerował na Wieczne Miasto, i o którym z uznaniem mówił inny wybitny człowiek - Hannibal. Również jego awanturnictwo, jakim podobno była wyprawa do dalekiej Italii, jawi się w zupełnie innym świetle. Oto wytrawny polityk, dostrzegając zagrożenie dla świata helleńskiego, nadciągające ze strony nabrzmiewającego konfliktu dwóch super potęg ówczesnego świata, Rzymu i Kartaginy, śmiałą wyprawą zamorską stara się być trzecim graczem na arenie wielkiej polityki i ścierających się interesów. Jednocześnie, stara się zdobyć bazę na Zachodzie, żeby mieć siły do wzięcia udziału w walce o hegemonię w centrum świata helleńskiego. Co za znakomite posunięcie! Godne krewniaka Aleksandra Wielkiego! Skutki kilkuletniej wyprawy Pyrrusa odczuł tak naprawdę cały ówczesny świat. Wystarczy przytoczyć choćby fakt, że w trakcie tej wojny właśnie Rzym był zmuszony wprowadzić nowoczesny system monetarny i zaczął w końcu bić srebrne monety, bo do tej pory wystarczyły brązowe.

Tę i inne konkluzje wyprawy Orła z Epiru do Italii, znaleźć można na ostatnich stronach książki, przed obszerną bibliografią i mapami.

Gorąco polecam lekturę, książeczka nie jest duża, czyta się ją jednym tchem. Jest napisana z charakterystyczną dla Kęćka pasją i dotyczy jednej z bardziej tajemniczych dla czytelnika postaci, której wielkość i format słychać w potocznym języku 23 wieki później, a która jest tak mało znana.

Cezary Opaliński

wtorek, 18 września 2007

Stalingrad, Anatomia bitwy

Zmęczony nieco starożytnymi klimatami sięgnąłem po książkę dotyczącą II wojny światowej, a konkretnie, jednego z jej przełomowych punktów. Mowa o bitwie stalingradzkiej, którą z niezwykłą dokładnością opisuje Janusz Piekałkiewicz w pozycji pt. „Stalingrad, Anatomia Bitwy”. Podtytuł mówi sam za siebie i odnosi się bezpośrednio do przyjętej w książce formy.

Autor (notabene żołnierz AK, po wojnie na emigracji, uznany i tłumaczony na wiele języków,  popularyzator tematyki wojennej), korzystając z różnorakich materiałów archiwalnych, stworzył obszerną kronikę kilkumiesięcznej bitwy, stoczonej w i wokół półmilionowego nadwołżańskiego ośrodka przemysłowego. Hitler, opętany wizją odcięcia Związku Radzieckiego od kaspijskiej ropy, posyła, w lipcu 1942 roku, w ramach letniej kampanii, elitarną 6. Armię w kierunku Kaukazu i Stalingradu, którego ogromne moce przemysłowe przestawione zostały na produkcję wojenną.

Opis bitwy podzielony został na siedem etapów. Opisano niemal każdy dzień, w następującej formie: niemieckie meldunki, radzieckie meldunki, przedruki niemieckich i radzieckich gazet, autentyczne listy z frontu. W ramach neutralnego komentarza, dostajemy także spore fragmenty o podtytule „tak było”, w których przedstawiono obiektywne informacje. Dowiadujemy się, jak okoliczność zbytnio rozciągniętych i słabo bronionych flanek sił Osi, wykorzystał sztab radziecki, organizując, po rozpaczliwej obronie miasta i zatrzymaniu Niemców, błyskawiczne okrążenie i zamknięcie w kotle kilkuset tysięcy żołnierzy przeciwnika.

Jeśli ktoś szuka epatujących przemocą, naturalistycznych opisów, czy hollywoodzkich scenek, niech sięgnie po coś innego. Abstrahując od rzetelności i obiektywizmu meldunków obu stron, całość przekazu jest raczej stonowana, a przez to wielokrotnie bardziej wymowna, poruszająca i skłaniająca do refleksji. Refleksji nad losem setek tysięcy ludzi, którzy starli się w wojnie totalitarnych ideologii. Setek tysięcy ludzi, którzy zginęli w wojnie o własny dom. Opisywana bitwa wyszczerbiła siły jednego z gigantów (i jego licznych sojuszników – Włochów, Węgrów i Rumunów), otwierając drzwi do przyszłej potęgi i światowej dominacji drugiego.

Obok przedruków i słowa pisanego, znajdziemy w książce blisko 550 zdjęć oraz kilkadziesiąt map i planów miasta. Na koniec, na jednej zaledwie stronie, znaleźć można podsumowanie strat w ludziach obu walczących stron. W przytaczanych meldunkach straty te określano mianem „zużycia czynnika ludzkiego”. Obok wspomnianego podsumowania, znajdziemy również wykaz i krótką historię niemieckich formacji bojowych, których losy kończą się zapisem: okrążenie i zagłada w kotle stalingradzkim.

Wymowne w swej symbolice są wewnętrzne strony okładki. Na początkowej, w letniej scenerii kałmuckiego stepu, toczą się pancerne kolumny faszystowskiej armii. Na końcowej natomiast, podczas zawiei śnieżnej, widzimy ciągnącą pieszo, zakutaną w szmaty, kolumnę jeńców niemieckich. Z ponad 300 tysięcy Niemców, członków 6. armii i 4. armii pancernej, biorących udział w południowej ofensywie roku 1942, do kraju powróci 6 tysięcy.

Przy okazji krótkiej dyskusji na temat bitwy stalingradzkiej, usłyszałem całkiem ciekawą historię. Nie mam powodów, aby podważać jej autentyczność. Otóż mój rozmówca, w ramach praktyk inżynierskich, spędził w roku 1976 ponad trzy miesiące w radzieckim Nowokuźniecku (azjatyckie miasto w dzisiejszej Rosji, położone nad rzeką Ob). Podczas zwiedzania tegoż syberyjskiego miasta, przewodniczka pouczyła go przed wejściem do jednej z dzielnic, aby nie używał języka polskiego.  Po przejściu kilku ulic jego oczom ukazał się uderzający widok – dzielnica, jak się wyraził, w hanzeatyckim stylu. Przewodniczka wyjaśniła, że zamieszkują ją bezpośredni potomkowie żołnierzy feldmarszałka Paulusa.

Wracając do samej książki – obowiązkowa pozycja dla znawców tematyki II wojny światowej i nie tylko.

Janusz Piekałkiewicz, Stalingrad, Anatomia Bitwy, Wydawnictwo: AWM


Adrian Stolarczyk

sobota, 15 września 2007

Trochę Gemmellowania

David Gemmel
01.08.1948 - 28-07-2006
Czytać zdarza mi się w życiu dość trochę, nie ukrywam, że od dłuższego już czasu pozycjami przeważającymi w moich książkowych podbojach, są tytuły zaliczane do szerokiego pojęcia literatury fantastycznej. Swoją drogą, ciekawa rzecz. Człek z tak zwanej (przynajmniej przez P.K.Dicka) literatury głównego nurtu musi się zdrowo namęczyć, żeby ktoś po przeczytaniu jego dzieła powiedział:
- Łał, ta książka jest fantastyczna!
A proszę ja was, ktoś napiszę np. niskiego lotu opowieść o synu króla porwanym za młodu co sam smoka pokonał zjadającego okoliczne dziewice i prawie dziewice, i już w księgarni sprzedawcy postawią go na półce podpisanej „literatura fantastyczna”.

Ale troszkę zbaczam z tematu. Otóż, książek fantasy, SF i pochodnych przeczytałem wiele, ale jeśli ktoś zapytałby mnie o to jakich lubię autorów, skończyło by się na 2-3 nazwiskach. Mało jest bowiem takich, których książek byłbym pewien jeszcze przed przeczytaniem. I dzisiaj przyszedł czas, aby o jednym z nich napisać. A chodzi o Davida Gemmella, który co z żalem stwierdzam, 28 lipca 2006 roku zwolnił pierwsze miejsce w moim prywatnym rankingu najlepszych żyjących autorów fantasy.

Traf chciał, że na początek, jeśli chodzi o twórczość Gemmella, wpadła mi w ręce pierwsza napisana przez niego książka - Legenda. No i tak się zaczęło. Nadmienić muszę, że i ta i większość późniejszych jego pozycji, to literatura którą można by określić mianem heroic fantasy. Osobiście jakoś nigdy za tym gatunkiem szczególnie nie przepadałem, bardziej ciągnie mnie do „prawdziwszego” fantasy, twardego, czasem mrocznego czy brutalnego, jak np. Martin czy Kres. Jednak Gemmell ma coś takiego w sobie, co nie pozwoliło mi od Legendy i od każdej później czytanej pozycji oderwać się zbyt łatwo. W jego twórczości zdarzały się powieści słabsze i lepsze, moim skromnym zdaniem, tak dobra jak Legenda jest dopiero jedna z jego ostatnich książek - Troja, pierwsza z trylogii, której autor niestety skończyć nie zdążył, ale o tym za chwilę.

Co w legendzie podobało mi się najbardziej? Oblężenie! Pierwszy raz spotkałem się z tak opisanym przebiegiem zdobywania twierdzy (swoją drogą nie byle jakiej twierdzy). Przeważnie opis taki polega na tym, że ktoś na murach stoi a ktoś na nie się wspina. I tu tego nie zabrakło, ale większość opisów które zdarzyło mi się spotkać, pomija jeden istotny czynnik, logistykę. W Legendzie mamy wszystko, organizacje obrony, służb pomocniczych, autor zwraca uwagę na wiele czynności o których praktycznie nikt nie wspomina. Wszystko to okraszone klasycznym heroic fantasy, dobrymi postaciami, tak bohaterskimi jak i cichymi ich zgonami, poświęceniem, rozterkami, przemianami wewnętrznymi itp. Może i to wydaje się banalne, ale w wydaniu Gemmella w ogóle nie przeszkadza.

Zachęcony pierwszą lekturą, zacząłem sięgać po kolejne. Opisujących świat znany mi z Legendy czy też dziejących się w całkiem innych uniwersach, ale jedna rzecz była zawsze, no prawie zawsze. Oblężenie, mniejsze czy większe, bronienie zamku czy zabitej dechami rudery. Zawsze pomysłowe, zawsze ciekawe, zawsze oryginalne. Nie brakowało ich czy to w kolejnych książkach zaliczanych, tak jak Legenda do Sagi Drenajów czy w nazwijmy to roboczo seriach „fantasy/historical fiction” (serie grecka i trojańska) czy nawet  opowieściach Sipstrassi, które można określić jako heroic fantasy z tym że w wydaniu postnuklearnym.

Gemmell zostawił po sobie wiele ciekawych pozycji, saga Drenajów która zapewniła mu sławę rozrosła się do bodaj 12 tomów, prócz tego wspomnieć warto o serii Sipstrassi właśnie (5 tomów), jeszcze nie zdobytych przeze mnie serii Rigante czy Hawk Queen. Ostatnio jednak, Gemmell postanowił znowu pozytywnie mnie zaskoczyć. W ręce wpadła mi bowiem jego dwutomowa powieść tworząca cykl grecki o Parmenionie, historycznym generale który służył pod rozkazami Aleksandra Wielkiego a wcześniej jego ojca Filipa. Woda na mój młyn, nie mogłem przepuścić takiej okazji. Spotkałem się z opiniami, że za dużo fantasy w tej stylizowanej na historyczną powieści. Ale czy to minus? Dla mnie nie. Dobre pomysły, zgrabne wplecione w fabułę, narastająca dawka „fantastyki” w początkowo czysto historycznej historii.

Na chwilę obecną, Gemmellowanie zakończyłem na pierwszym tomie, okazało się ostatniej, jego serii - Trylogii Trojańskiej. Pan Srebrnego Łuku, bo o tej książce mowa, to powrót do fantasy z wydaniu historycznym. Tym razem cofamy się w czasach jeszcze bardziej, do wojny trojańskiej. I jak już wspomniałem, dopiero ta książka wyrównała poziom (a może już go przebiła) legendarnej Legendy. Styl, akcja, wplecienie wątków historycznych, alternatywna historia, w końcu jakieś poważne powody powstania trojańskiego konfliktu (a nie jakaś tam Helena), sprawiają, że naprawdę ciężko od lektury się oderwać. Nie zabrakło oczywiście elementu heroic, szczególnie jeśli idzie o zakończenie, fantasy jeszcze jest niewiele, ale po perypetiach Parmeniona, domyślam się, że im bliżej końca tym więcej wyładowań magicznych będzie się zdarzać. Chociaż nawet jeśli nie, wcale nie będzie mi to zawadzało.

Autor zmarł w czasie pisania ostatniego tomu, jednak zdążył oddać 70 000 słów gotowego już tworu, dodatkowo plan całej powieści jest dość dokładnie opisany, a o całości wielokrotnie dyskutował ze swoją żoną Stellą, która podjęła się zakończenia pracy swego męża. Zapewne nie będzie to już to samo, jednak fakt, że czytelnikowi będzie dane poznać zakończenie tej serii (domyślam się, że będzie coś o jakimś drewnianym koniu), wynagrodzi spodziewane niedociągnięcia i braki w stylu. No i oczywiście liczę na jakieś fajne oblężenie w II i III tomie! (Swoją drogą II tom już został wydany, muszę poszukać świnki skarbonki).

No, troszkę się rozpisałem, może komuś będzie się chciało to wszystko przeczytać, a może jak ktoś to przeczyta, to będzie mu się chciało przeczytać i coś Gemmella.

p.s. Autor wydał swą pierwszą książkę mając 36 lat na karku, wcześniej pisywał artykuły do kilku angielskich gazet, pracował jako wykidajło, kierowca ciężarówki, a ze szkoły wyrzucono go w wieku 15 lat za organizowanie nielegalnych zakładów. Wspominam o tym, bo w uszach jeszcze słyszę słowa jednego takiego znajomego - Lucjana:
- Widzisz? Takie biografie dają nam jeszcze jakąś nadzieję, ze i nam się w życiu spełni kiedyś to, cośmy sobie wymarzyli.

Ten siwy wąs...

Czytając moje wynurzenia w jednym z wpisów, dotyczące braku sympatii dla czynności piłowania miniatur przed nałożeniem podkładu, znaleźć można było zapowiedź moich najbliższych planów malarskich. Po leśnym elfie przyszedł czas na wielkiego, spasionego i nieziemsko mocarnego tyrana z armii ogrów. Miniaturę (choć to chyba niezbyt właściwe słowo) dostałem od Prezesa na ostatnie urodziny. Ostatnie brzmi neutralnie – po prawdzie był to grudzień ubiegłego roku. Trochę więc przeleżał bidulek, ale w końcu jest.
Zestaw dostępnych ramion, maczug i gigantycznych maczet pozwala na złożenie tyrana w co najmniej dwóch opcjach. Od razu wybrałem tę, którą widać na zdjęciu, tj. z wielkim, dwuręcznym czymś, co jest dłuższe od konia bojowego a wyższe od gryfona. Poza ta przypomina mi nieco okrytego futrem Germanina, którego oglądamy w początkowych scenach ‘Gladiatora”.
Malowanie jest raczej oszczędne – chciałem, aby odpowiadał kolorystyką wzorom, jakie przyjąłem malując najemnych iron gutsów jeszcze w roku ubiegłym. W efekcie całość to głównie kombinacja metalu, szarości i brązu. Nawet tatuaż nie jest zbyt krzykliwy. Drażnią mnie nieco siwe wąsy – ale skoro tyran, to raczej wiekiem zaawansowany osobnik. Postanowiłem ponadto wyjść nieco z zaścianka podstawkowego i postarałem się o coś lepszego, niż malowany piasek. Do imitacji skały posłużyła mi korkowa podkładka. Już po pierwszej próbie mogę powiedzieć, że bardzo pasuje mi ten rodzaj materiału oraz efekt, jaki można dzięki niemu uzyskać. Będę z pewnością wykorzystywał go przy kolejnych modelach.
Figura podniosła stan moich najemnych ogrów do sztuk sześciu, co pozwoli mi na nieco więcej ogrzych kombinacji, przy wystawianiu DoW. Z pewnością użyję jej również solo, tzn. jako najemnego ludojada.
Szczerze powiedziawszy, ta trzcinka, którą dzierży w dłoniach, robi na mnie spore wrażenie. Mam nadzieję, że zrobi również odpowiednie na przeciwnikach.

środa, 12 września 2007

Łopoczący Prawdzic

DBA – III/62b – Early Polish – 1201AD -1335AD

Trudno mi jednoznacznie powiedzieć, dlaczego podpunkt b) armii Wczesnej Polski rozpoczyna się w 1201 roku, ani dlaczego trwa do roku 1335. Nie znalazłem niczego, co w jednoznaczny sposób determinowałoby taki właśnie podział. Mimo to, założyć można, że w większej części przypada on [okres b)] na lata Rozbicia Dzielnicowego, tj. 1138-1320. W tym okresie rozkwita feudalizm, leżący u podstaw sposobu funkcjonowania całego, podzielonego na dzielnice, narodu. Armia z tego okresu jest odwzorowaniem podziałów i ról panujących na ziemiach polskich. Mamy więc rycerstwo konne (choć to właściwie masło maślane, gdyż pieszy rycerz w Polsce właściwie nie występował. Jak pisze A. Nadolski, podając najprostsze wytłumaczenie: „…nasz „rycerz" to spolonizowanyniemiecki „Ritter", co, jak wiadomo, oznacza po prostu Jeźdźca"). Mamy również niższe warstwy społeczne, walczące jako tarczownicy uzbrojeni głównie we włócznie i topory oraz w miecze czy strzelców walczących łukiem lub kuszą (której to użycie odnotował po raz pierwszy Gall Anonim w opisie oblężenia Głogowa przez wojska niemieckie w 1109 roku. Trzydzieści lat później Sobór Laterański zabronił jej używania przeciwko chrześcijanom. Jak nietrudno się domyślić, zakaz został ogólnie zignorowany).

Przenosząc te wiadomości do realiów DBA, otrzymujemy następujący skład armii:

Element rycerstwa, będący również elementem generalskim, w którego skład, poza zwykłym rycerstwem, wchodził pewnie książę lub inny, wysoko urodzony dowódca [1xKn (Gen)]. Dwa kolejne elementy rycerstwa – panowie feudalni [2x3Kn], trzy elementy tarczowników [3x4Sp] oraz element piechoty uzbrojonej w długie, dwuręczne topory [1x4Bd]. Wojska te, choć nieliczne w stosunku do tarczowników i łuczników/kuszników, dały się we znaki szczególnie wojskom krzyżackim, które utraciły wielu rycerzy z ich rąk. Poza tym łucznicy [3x3Bw], choć ja zastąpiłem ich, równie popularnymi w ty czasie na terenie polski, kusznikami oraz jeden element lekkiej piechoty uzbrojony w łuki lub proce [1x2Ps]. Jak widać skład armii jest wielce zróżnicowany, co daje nie tylko taktyczne, ale i modelarsko-malarskie możliwości.

Armie postanowiłem złożyć w większości z 25mm modeli Old Glory z niewielką domieszką Essex. Wybrałem zestaw polskiej jazdy i piechoty z okresu najazdu Mongołów, lekką piechotę złożyłem z modeli Essex, a łuczników… zastąpiłem kusznikami, którzy po prostu bardziej mi się podobają. Zestaw XII wiecznych kuszników zawierał jedynie 3 wzory, więc zamiast niego zamówiłem modele kuszników krzyżowców (5-6 wzorów, w tym strzelający, ładujący, klęczący itp.). Czytając opis autorstwa Andrzeja Nadolskiego dot. uzbrojenia polskiej armii z tego okresu, można doszukać się pewnych ogólnych opisów elementów uzbrojenia (hełmów, pancerzy), ale z racji braku dużej ilości wykopanych elementów tego uzbrojenia, można przyjąć pewne uogólnienia, które pozwoliły mi, bez większego poczucia winy, wykorzystać właśnie modele kuszników krzyżowych, nieznacznie się różniących wyglądem od zestawu „kuszników XII wiecznych”.

Mając modele zabrałem się ochoczo do roboty. Podstawowym założeniem było zrobienie armii uniwersalnej, pasującej zarówno do początku 1201 roku jak i późniejszych lat. Nie chciałem również tworzyć armii charakterystycznej dla którejś z dzielnic, bo po pierwsze potrafiły się one w znaczny sposób różnić od obowiązujących w tym okresie standardów uzbrojenia z innych dzielnic (dzielnice wschodnie), a po drugie takie jej złożenie ograniczyłoby mi dobór przeciwników. Jedynym charakterystycznym elementem jest sztandar, herb księcia, który dowodzi moją armią Wczesnej Polski. Jednak nawet Prawdzic jest herbem, który występuje w kilku regionach Polski. Problemu więc nie było.

Samo malowanie – jak to w moim stylu – dość niewyszukane technicznie. Minęły czasy, gdy wydawało mi się, że muszę malować całą gamą barw i technik. Teraz używając kilku, zarówno tych pierwszych jak i drugich, ciągle uzyskuję niezłe efekty. Kolory armii to głównie kremowe i brązowe odcienie. Jedynie szachownice i pasy na tarczach trochę bardziej pstrokacizną zalatują. Trzymając się mocno w/w założenia, zrezygnowałem z lwów, smoków, krzyży, gwiazdek i innych tego typu ozdób na tarczach, malując jedynie pasy i szachownice. Mimo to, moim skromnym zdaniem, armia aż tak z tego powodu nie cierpi, a surowszy wygląd sugeruje, że nie są to bynajmniej Francuzi czy Anglicy, a bitne, polskie chłopaki.

Podstawki pod elementy wykonałem właściwie tak samo jak pod wcześniejszą armię Egiptu Ptolemeuszy. Jedynym novum jest wysoka trawa, którą zrobiłem z włosia pędzla. Nawet nie musiałem jej malować, a mimo to efekt jest naprawdę ciekawy… i co ważne, prosty do uzyskania.

Najwięcej problemów miałem z wymyśleniem obozu. Jak jednak już na moim blogu mogliście przeczytać, postawiłem na wieżę. Zamek w Bolkowie posłużył mi za inspirację. Potem trochę pracy z pianką modelarską, piaskiem, bitsami (wiadro, worki z mąką, szyld, fragment dachu) i obóz gotowy. Do obozu wykonałem ciurów, 2 kuszników i sztandarowego, niosącego identyczny z pozostałymi dwoma, sztandar.

Teraz zostaje mi jedynie poczekać aż złożę armię Krzyżaków w tej samej skali i będę mógł zagrać… raptem kilka miesięcy czekania i polska jazda ruszy do szarży.

Michał Ciemniewski 











RSS FeedRSS