wtorek, 30 września 2008

Czego Jaś się nie nauczył...

Zamknięci w swoich małych, hobbystycznych gettach, nie zauważamy często tego, co dzieje się poza ich murami, czego wynikiem często jest to, że wyważamy, już raz otwarte drzwi. Na szczęście imprezy takie, jak minione w ostatni weekend „Pola Chwały”, pozwalają spotkać ludzi, którzy otwierają nam oczy na całkiem nowe możliwości i wspólne pola naszej działalności.

Na wspomnianej powyżej imprezie, jednym z gości był Henryk Głodek, modelarz sercem i umiejętnościami, a osobiście wspaniały kompan, gawędziarz i osoba niezwykle otwarta na poznawanie nowego. I to wszystko mogę powiedzieć po zaledwie dwudniowej znajomości i kilku przygodnych rozmowach. Przy jego stoisku zawsze kręciło się kilka osób, które podpytywały o techniki malarskie i modelarskie, zwabione wystawką z gotowymi dioramami, oraz warsztatem, na którym powstawał właśnie model czołgu. Poprzez miarowe buczenie agregatu napędzającego aerograf, słychać było spokojny głos Henryka, który tłumaczył jak używać tego niełatwego narzędzia, kiedy zachęceni przez niego obserwatorzy próbowali swych sił. A popróbować można było na kartce papieru, ale i na samym modelu! No, który z was pozwoliłby komuś dotknąć pędzelkiem malowaną przez siebie figurkę? Przyznam, że i ja się skusiłem, ale na efekty moich działań spuśćmy proszę zasłonę milczenia.

A później poszło już z górki. Dowiedziałem się jak robić błoto, jak używać suchych Inków, jak zasymulować odchodzącą farbę za pomocą chusteczki higienicznej, do czego służy Sidolux i co to jest x-31, oraz dlaczego warto go używać. Słuchałem z rosnącym podnieceniem. Na każde modelarskie wyzwanie Henryk miał jakiś „knif”, jak sam to nazywał. Często z pomocą przychodziły nieoczekiwane narzędzia, czy wręcz przedmioty codziennego użytku, a proste efekty zapewniały oczekiwany efekt.

Przyznam, że niekoniecznie pamiętam dokładnie wszystkie zasłyszane przepisy, ale już sama świadomość istnienia rozwiązań, a przede wszystkim ludzi, do których z problemem można się zgłosić, znacznie poprawiła mi samopoczucie.

Wkrótce na Bitewnym Zgiełku, mam nadzieję zaprezentować linki do miejsc gdzie można szukać modelarskich sekretów, może stworzę jakieś własne poradniki, zaproszę też was na pewno do galerii gotowych prac, które często zwalają z nóg. Najbliższy przegląd sieci, na pewno będzie poświęcony temu zagadnieniu.

Henryk, podczas jednej z naszych rozmów powiedział, że podoba mu się nasze (wargamerów) zaangażowanie w hobby, to ile pracy wkładamy w przygotowanie swoich armii, oraz to, że przy toczących się potyczkach nie widać agresji i kłótni, że jest to dla nas prawdziwa pasja. Cieszy mnie to, że nasze środowisko zrobiło na nim tak dobre wrażenie, bo z całą pewnością brać modelarska i graczy gier wojennych ma ze sobą sporo wspólnego i możemy się od siebie sporo nauczyć. Byle więcej takich spotkań na polskich konwentach gier, czego sobie i wam życzę.

czwartek, 25 września 2008

Heinrich der Vogeler, Herzog der Sachsen

III/52 East Frankish 888AD-1106AD

denar Henryka I
To już rok, od kiedy podjąłem decyzję, że w ramach kampanii Opus Europa złożę i pomaluję saksońską armię z okresu X wieku. Jako taka, lista saksońska nie występuje w spisie armii oficjalnego podręcznika DBA. Po prostu na potrzeby drugiej już, zgiełkowej zabawy, zróżnicowaliśmy nazewnictwo, używając listy Wschodnich Franków do wystawienia na stole dzielnych synów Saksonii.

Zwykle nie mam większych ciągot w kierunku historii czy wojskowości naszych zachodnich sąsiadów (oprócz może, siłą rzeczy, okresu II wojny światowej). Tym razem wybór polegał niemal na metodzie na chybił trafił. Nie byłbym jednak do końca szczery, gdybym przemilczał, że ilość ‘Kn’ występujących w liście armii wpłynęła nieco na moją decyzję. Faktycznie na stole potrafią być niezwykle przydatne. Kiedy jednak trzeba pomalować kilkanaście konnych elementów to człowiek zaczyna przeklinać w duchu własne pomysły.

W zasadzie użyta lista Wschodnich Franków, o których państwie możemy mówić od czasu podziału państwa karolińskiego na mocy traktatu z Verdun z 843 roku, nie do końca odpowiada ówczesnym saksońskim strukturom wojskowym. O samych państwie Wschodnich Franków należy powiedzieć tutaj przynajmniej tyle, że jest protoplastą państwa niemieckiego oraz bezpośrednim poprzednikiem Świętego Cesarstwa Narodu Niemieckiego. Saksonia, chrystianizowana brutalnie przez Karola Wielkiego w latach 772-804 (wojny saksońskie), przez długi okres czasu pozostawała odrębna w swoim charakterze. Sasi, sprowadzeni do poziomu lennego księstwa, wrócili na szczyty władzy we wczesnym państwie niemieckim wraz z koronacją księcia saskiego Henryka I Ptasznika na króla Niemiec w roku 919. Król uchodzi za założyciela dynastii Ludolfingów, która w 962 roku objęła tron cesarski, prowadząc śmiałą politykę rozwoju wewnętrznego i ekspansji terytorialnej.

Oczywiście o samych Sasach było głośno i w innych miejscach świata – jedno z najbardziej znanych wydarzeń to najazd na wyspy brytyjskie w V wieku n.e. i założenie królestw Essex, Sussex, Wessex i Middlesex. To opowieści zupełnie na inna okazję.

Co do wspomnianych różnic w strukturze wojskowej, najbardziej znamienna dotyczy kwestii tzw. ciężkiej jazdy. Swoista demokracja plemienna Sasów uznawała konne formacje możnych za zagrożenie ustalonego ładu społecznego. Tym samym wojskowość Sasów opierała się w głównej mierze na formacjach pieszych, zwykle lepiej wyposażonych i uzbrojonych względem frankońskich odpowiedników. Oczywiście zmiany w strukturach wojskowych zachodziły równolegle z asymilacją Sasów z pozostałą częścią Państwa Wschodniofrankońskiego, np. w wyniku napływu osadników z zachodu. Stąd ciężka jazda przestała być w pewnym momencie czymś nadzwyczajnym. Jedynej formacji, której być może nie powinno brakować w domniemanej saksońskiej liście są łucznicy – formacja ta wchodziła bowiem w skład wschodnich, przygranicznych grodów i świetnie spisywała się podczas walk ze słowiańskimi plemionami.  Koniec końców, pomimo pewnych różnic, uważam, że użyta lista Wschodnich Franków jest najlepszym możliwym wyborem historycznym dla odzwierciedlenia na bitewnym stole ogólnie pojętej Saksonii z okresu IX i X wieku n.e. Na koniec tego wywodu muszę zaznaczyć, że podczas rozgrywania dziesięciu bitew ostatniej kampanii, ani razu nie wystawiłem kompozycji opartej wyłącznie na Kn. Proszę uznać to za ‘klimaciarstwo’.

Malowanie zajęło mi blisko pół roku, oczywiście głównie ze względu na permanentny brak czasu a także fakt, że prezentowana lista jest relatywnie spora – dwadzieścia dwa elementy (w dużej mierze konne) plus obóz. W trakcie prac próbowałem różnych rozwiązań, mających na celu skrócenie czasu potrzebnego na przygotowanie elementów do absolutnego minimum. Testowałem np. malowanie w kolejności od podstawki do jeźdźca. Koniec końców, niewiele z tego wyniknęło, mój warsztat nie doczekał się rewolucji a jakość kilku ostatnich elementów ucierpiała ze względu na rosnące zniecierpliwienie i malejące chęci. Nie chcę oczywiście narzekać – nagrodą jest przecież sporych rozmiarów kolekcja. W miarę dostojnie wyglądająca armia (myślę, że to efekt przewagi konnicy), która pozwala na zastosowanie kilku opcji ustawień do bitwy i która dowiodła na stole, że jest niezłą siłą uderzeniową.

Na blogu utyskiwałem, że sporych rozmiarów nieścisłością historyczną jest pojawienie się w kolekcji pancernego rycerstwa z pełnymi hełmami i kropierzami. Co do reszty wzorów Essexa, nie mam większych zastrzeżeń. Użyte kolory to w miarę spójna i powtarzalna paleta. Mając gdzieś z tyłu głowy kolorystykę aktualnego herbu Saksonii (zielono-żółty), starałem się nasycić figurki podobnymi barwami. Słynne saksońskie nogawice (najpierw wyśmiewane na frankońskich dworach, następnie noszone, jako krzyk mody) pojawiły się jednak zaledwie w kilku elementach – jakoś to przespałem. Gdybym miał podsumować wizualną stronę kolekcji jednym zdaniem, to powiedziałbym: klasyczny tabletop z elementami niedbałości.
Moje ulubione elementy? Na pewno hordy, cieszy mnie także obóz i kilka wzorów rycerstwa. Choć z tekstu wynikać może, że nie tryskam szczególnym entuzjazmem w związku z prezentowaną kolekcją, to jednak zaprzeczę i powiem, że jestem z niej zadowolony.  Ba, dumny wręcz!  Nie bez znaczenia jest tu i fakt, że tą armią zdobyłem pierwsze miejsce podczas kampanii Opus Europa. W dodatku jak sobie na nią spoglądam, to mój apetyt na kolejne ‘piętnastki’ (chodzi oczywiście o armie w skali 15mm) wciąż rośnie. Ale o tym innym razem. Teraz zapraszam do oglądania i komentowania.

Adrian Stolarczyk



















Cztery czerwcowe dni

Przy całym swoim zamiłowaniu do historii nigdy nie dałem się porwać epoce napoleońskiej. Oczywiście tu i ówdzie stykałem się z opisem losów francuskiego cesarza, ale były to raczej krótkie i pobieżne spotkania. Jednak tuż przed  wyjazdem na ostatni urlop nabyłem powieść o bitwie pod Waterloo, autorstwa Iain Gale’a. Nie wiem, co sprawiło, że akurat tę pozycję włożyłem do koszyka - pośpiech, ciekawość, okładka, krótka notka na odwrocie?

Nie powiem, lektura na urlop zbyt lekka nie jest. Niemniej książkę dosłownie pożarłem, kończąc czytanie gdzieś w okolicach bladego świtu. I chyba nic dziwnego - wszak batalię zaliczono do jednej z najważniejszych w historii świata a jej przebieg i złożoność to materiał na wiele długich opowieści i dysput. "Cztery czerwcowe...” z pewnością należą już (lub wkrótce będzie) do jednej z ciekawszych pozycji w tym temacie.

  Tworząc narrację autor posłużył się tyle znanym co świetnym zabiegiem opowiedzenia wydarzeń z perspektywy biorących w niej udział żołnierzy. W tym wypadku mowa jest o oficerach, adiutantach, marszałkach i samym cesarzu - mowa o wydarzeniach widzianych oczyma ludzi walczących po przeciwnych stronach. I tak po kolei śledzimy przebieg bitwy wraz z pułkownikiem De Lancey’em, szefem sztabu Wellingtona , co pozwala dla przykładu poznać nieco zamiary brytyjskiego głównodowodzącego.  Z kolei o koszmarze i zaciętości walk wśród ruin zameczku Hougoumont przychodzi nam się przekonać poznając bitwę oczami szkockiego podpułkownika  Mcdonella. Oczywiście w całej narracji nie może zabraknąć Prusaków (generał Ziethen) i rzecz jasna Francuzów (marszałek Ney i cesarz Bonaparte). Ten ostatni jawi się w książce nie do końca cesarsko - zmęczony, cierpiący, pełen wątpliwości człowiek, który odbiega nieco od wizerunku ciskającego gromami boga wojny. Wracając do wspomnianego zabiegu literackiego, dotyczącego narracji: sprawia on, że akcja jest niezwykle wartka, wielowymiarowa, sprawiając momentami wrażenie typowe dla książek przygodowych.  Mogę potwierdzić - ponad trzysta stron ksiązki pali się wprost w rękach.

 Obok bogactwa materii historycznej (o czym nieco za moment), powala realizm, żeby nie rzec - naturalizm, opisów starć, walk, ostrzałów i marszów. Wraz z czytaniem o kolejnych dniach batalii narasta jednak i refleksja nad hekatombą istnień ludzkich, jakim Waterloo niewątpliwie było. Końcowe straty obu stron liczone są na kilkadziesiąt tysięcy ludzi (Franzuci stracili blisko 50% stanu swej armii). Nie sposób również przejść obojętnie nad ostateczną klęską cesarskich orłów, klęską geniusza z Korsyki, który targnął się z orężem na całą niemal Europę, którego dokonania stawiają w rzędzie największych wodzów dziejów ludzkości, który miał także powiedzieć swoim przeciwnikom: nie zdołacie mnie zatrzymać. Tracę trzydzieści tysięcy ludzi miesięcznie.

 Jak mówi sam autor, zgłębił podczas przygotowań do napisania książki ponad trzysta pozycji dotyczących Waterloo, starając się wiernie odwzorować czerwcowe wydarzenia. I choć napisał w Posłowie, że książka jest z założenia powieścią (i tak się ją faktycznie czyta), to przy okazji może być niezłym źródłem wiedzy o samej bitwie i biorących w niej udział wojskach. Do każdego z opisanych dni walk dostajemy mapę, mnożą się opisy walczących jednostek (nazwy regimentów, tu i ówdzie szczegóły umundurowania, wyposażenia, itp.). Również niemal fotograficzny i sugestywny opis rejonu walk pozwala wczuć się w sytuacje walczących po obu stronach żołnierzy.

 Myślę, że dla miłośnika historii i gier bitewnych, niekoniecznie obeznanego z epoką napoleońską, książka może okazać się mocnym uderzeniem i wyraźnym zaproszeniem do dalszej eksploracji tegoż, jakże bogatego wątku historii kontynentu europejskiego. Jestem niemal przekonany, że i starzy wyjadacze znajdą w niej ciekawą powieść.


Iain Gale, Cztery czerwcowe dni


Adrian Stolarczyk

niedziela, 21 września 2008

Drużyna

Nie mogłem się oprzeć pokusie umieszczenia zdjęcia całej Drużyny na moim blogu. Takie małe podsumowanie dziesięciodniowej zabawy, podczas której na Zgiełku zrobiło nam się sielsko, może i rzewnie. Dzięki mojemu pomysłowi zrobiło nam się również małe towarzystwo wzajemnej adoracji. Korzystajcie - nie zawsze potrafię być taki miły! W zasadzie od dzisiaj już nie będę - spodziewajcie się łajań, krytyki, wrzasków i popędzania mordorskim biczem redaktorskim. Dzień dziecka się skończył! Czekam na teksty, pomysły, wpisy blogowe i przynajmniej raz w tygodniu miły komentarz, związany z moją osobą. Tak, jak to zrobił stary Smeagol poniżej.
Wyobraźcie sobie, że zdjęcie jest na białym tle - jest jak program koncept w Matriksie. Pora załadować do niego właściwe oprogramowanie. Do roboty!!! Now you are the Fellowship of the Zgiełk! A to obliguje!

sobota, 20 września 2008

Plan jest ważny

Przeczytałem ostatnio post Tsara o jego planach bitewnych na najbliższy rok i naszło mnie na własny rachunek sumienia. Czas sprawdzić, co zostało do zrobienia i poukładać terminy. Plan to połowa sukcesu, choć nigdy nie udaje mi się go przestrzegać. Z drugiej strony zawsze to jakaś mobilizacja, a może tym razem będę bardziej systematyczny i uparty w dążeniu do celu? Kto wie? Warto spróbować, mimo wszystko. Zaczynamy.


1. Aktualnie siedzę nad moją bandą do Mordheim Łowców Czarownic. To mój priorytet i najbliższe zadanie bojowe. Idzie całkiem nieźle i liczę na szybki koniec. Obstawiam do końca października.


2. Ciągną się za mną i ciągną. Mowa o Rusach. Niestety brak mojego udziału w kampanii odwlekł moment ukończenia tej armii. w pewnym momencie nawet miałem zrezygnować z jej malowania, ale ciągłe rozmowy i trochę rzadsze potyczki w DBA przekonały mnie, że nie mogę się poddać. Termin do końca grudnia.


3. Tu zaczynają się schody. Nie jestem pewien co będzie następne, na ten moment obstawiam kończenie armii Imperium do WFB pozostał regiment Free Company, Steam Tank oraz kilkunastu bohaterów. Mam nadzieję, że w końcu zadam ostateczny cios do końca marca 2009 roku.


4. Teraz alternatywa do powyższego punktu. Armia Later Crusaders do DBA. Trzyma mnie tu termin kampanii, czyli okolice sierpnia. Może się okazać, że będę ich naprzemiennie malował z imperialistami. Tak czy inaczej muszą zostać skończeni do końca lipca 2009 i mam nadzieję, że nie wcześniej ;)


5. Najczarniejszy punkt mojej listy. Armia Vampire Counts do WFB. Ciąży mi to strasznie. Wiele miesięcy planowania, już chyba nawet można to policzyć w latach, a postęp słaby. Termin lipiec 2010 roku. Ostro.


6. Ostatnia rzecz to kilka oddziałów Dogs of War do WFB, które nadal chcę kiedyś pomalować. Może koniec 2010 roku?


Ech, plan jest ważny, oj tak. Co z tego wyjdzie pokaże czas. Mam czyste sumienie przynajmniej, jeśli chodzi o harmonogram. Obawiam się tylko, że w międzyczasie znajdzie się kilka nowych zadań do wykonania. No to do roboty, życzcie mi powodzenia i trzymajcie za mnie kciuki, będzie mi to potrzebne.

RSS FeedRSS