czwartek, 25 września 2008

Cztery czerwcowe dni

Przy całym swoim zamiłowaniu do historii nigdy nie dałem się porwać epoce napoleońskiej. Oczywiście tu i ówdzie stykałem się z opisem losów francuskiego cesarza, ale były to raczej krótkie i pobieżne spotkania. Jednak tuż przed  wyjazdem na ostatni urlop nabyłem powieść o bitwie pod Waterloo, autorstwa Iain Gale’a. Nie wiem, co sprawiło, że akurat tę pozycję włożyłem do koszyka - pośpiech, ciekawość, okładka, krótka notka na odwrocie?

Nie powiem, lektura na urlop zbyt lekka nie jest. Niemniej książkę dosłownie pożarłem, kończąc czytanie gdzieś w okolicach bladego świtu. I chyba nic dziwnego - wszak batalię zaliczono do jednej z najważniejszych w historii świata a jej przebieg i złożoność to materiał na wiele długich opowieści i dysput. "Cztery czerwcowe...” z pewnością należą już (lub wkrótce będzie) do jednej z ciekawszych pozycji w tym temacie.

  Tworząc narrację autor posłużył się tyle znanym co świetnym zabiegiem opowiedzenia wydarzeń z perspektywy biorących w niej udział żołnierzy. W tym wypadku mowa jest o oficerach, adiutantach, marszałkach i samym cesarzu - mowa o wydarzeniach widzianych oczyma ludzi walczących po przeciwnych stronach. I tak po kolei śledzimy przebieg bitwy wraz z pułkownikiem De Lancey’em, szefem sztabu Wellingtona , co pozwala dla przykładu poznać nieco zamiary brytyjskiego głównodowodzącego.  Z kolei o koszmarze i zaciętości walk wśród ruin zameczku Hougoumont przychodzi nam się przekonać poznając bitwę oczami szkockiego podpułkownika  Mcdonella. Oczywiście w całej narracji nie może zabraknąć Prusaków (generał Ziethen) i rzecz jasna Francuzów (marszałek Ney i cesarz Bonaparte). Ten ostatni jawi się w książce nie do końca cesarsko - zmęczony, cierpiący, pełen wątpliwości człowiek, który odbiega nieco od wizerunku ciskającego gromami boga wojny. Wracając do wspomnianego zabiegu literackiego, dotyczącego narracji: sprawia on, że akcja jest niezwykle wartka, wielowymiarowa, sprawiając momentami wrażenie typowe dla książek przygodowych.  Mogę potwierdzić - ponad trzysta stron ksiązki pali się wprost w rękach.

 Obok bogactwa materii historycznej (o czym nieco za moment), powala realizm, żeby nie rzec - naturalizm, opisów starć, walk, ostrzałów i marszów. Wraz z czytaniem o kolejnych dniach batalii narasta jednak i refleksja nad hekatombą istnień ludzkich, jakim Waterloo niewątpliwie było. Końcowe straty obu stron liczone są na kilkadziesiąt tysięcy ludzi (Franzuci stracili blisko 50% stanu swej armii). Nie sposób również przejść obojętnie nad ostateczną klęską cesarskich orłów, klęską geniusza z Korsyki, który targnął się z orężem na całą niemal Europę, którego dokonania stawiają w rzędzie największych wodzów dziejów ludzkości, który miał także powiedzieć swoim przeciwnikom: nie zdołacie mnie zatrzymać. Tracę trzydzieści tysięcy ludzi miesięcznie.

 Jak mówi sam autor, zgłębił podczas przygotowań do napisania książki ponad trzysta pozycji dotyczących Waterloo, starając się wiernie odwzorować czerwcowe wydarzenia. I choć napisał w Posłowie, że książka jest z założenia powieścią (i tak się ją faktycznie czyta), to przy okazji może być niezłym źródłem wiedzy o samej bitwie i biorących w niej udział wojskach. Do każdego z opisanych dni walk dostajemy mapę, mnożą się opisy walczących jednostek (nazwy regimentów, tu i ówdzie szczegóły umundurowania, wyposażenia, itp.). Również niemal fotograficzny i sugestywny opis rejonu walk pozwala wczuć się w sytuacje walczących po obu stronach żołnierzy.

 Myślę, że dla miłośnika historii i gier bitewnych, niekoniecznie obeznanego z epoką napoleońską, książka może okazać się mocnym uderzeniem i wyraźnym zaproszeniem do dalszej eksploracji tegoż, jakże bogatego wątku historii kontynentu europejskiego. Jestem niemal przekonany, że i starzy wyjadacze znajdą w niej ciekawą powieść.


Iain Gale, Cztery czerwcowe dni


Adrian Stolarczyk

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

RSS FeedRSS