środa, 31 grudnia 2008

Rydwan czasu

Dzisiaj koniec roku - symboliczna data, określająca umownie przyjęty odstęp czasu. Skoro tak, to jest to i może okazja do podsumowania mijających dwunastu miesięcy. Prywatne i zawodowe spostrzeżenia zachowam, ma się rozumieć, dla siebie. Poprzestanę na stwierdzeniu, że był to rok nieco szalony, miejscami trudny, na szczęście kończący się bardzo pozytywnym bilansem.
A jak z tym bilansem u mnie, jeśli chodzi o bitewne pasje? Pomimo poczucia permanentnego braku czasu i sił (w dużej mierze uzasadnionego), kończę rok z całkiem dobrą lokatą - dwie 15mm armie do DBA, blogowa zabawa z drużyną pierścienia, wreszcie nieco warhammerowy finisz. W dodatku udało się nieco pograć - trzy wyjazdy z DBA, dwa razy batl. Wiem, wszystko to mało, sam chciałbym więcej. Muszę się w końcu pogłowić, jak to zrobić najmniejszym kosztem innych, o niebo ważniejszych czy donioślejszych spraw.
Wreszcie strona internetowa - nasze kochane dziecko, Bitewny Zgiełk. W wyniku splotu różnych wydarzeń wiosną przejąłem odpowiedzialność za jej kształt, tempo czy, śmielej mówiąc, istnienie. Gdy strona powstawała, co jakiś czas zastanawialiśmy się wspólnie, jakie stawiać jej cele i w jakim kierunku kształtować. Mówiliśmy dla przykładu o ilości tekstów, czy częstotliwości aktualizacji. W tym roku, chcąc nie chcąc, cel został zrewidowany do tego, by dotrzeć właśnie do momentu, w którym dzisiaj jesteśmy - dotrzeć w miarę w dobrym stylu, przede wszystkim cało i zdrowo. Czy się udało? A jakże. Uważam, że z całkiem dobrym bilansem. Ludzie, którzy poświęcają zgiełkowi swój cenny czas dowiedli, że miarą doskonałej ekipy jest to, jak radzi sobie w trudnych momentach. Choć tzw. pierwotna redakcja została mocno osłabiona, nadjechały dwie lokomotywy, w osobach Czarka i MiSiA, i bez zbędnego gadania pociągnęły zgiełkowy skład do przodu. Również dotychczasowi autorzy pozostali na całkiem przyzwoitym poziomie aktywności, dodając stronie nieco własnego materiału. Najważniejsze jednak, że pojawiły się nowe twarze - dowodzi to, że wokół jest potencjał i ‘moc’. Dowodzi również, że można pisać o innych zagadnieniach, niż to, z którego strona się oryginalnie wywodzi. Trzymam kciuki, by udało nam się utrzymać podobny kierunek.
Mówiąc o konkretach, nie sposób nie zauważyć, że znakomitą większość roku poświeciliśmy systemowi DBA - od obserwacji blogowych poczynań pierwszego półrocza, poprzez relacje z kampanii, pojawiające się galerie kolejnych armii, poprzez organizację pierwszego krakowskiego turnieju, do pięknego finału, jakim była publikacja polskiej wersji przewodnika. Choć DBA wybiło się zdecydowanie na pierwszy plan, było też sporo innych tematów - kilka mocnych recenzji podręczników GW, poszerzenie ‘naszych armii’ w sekcji fantastycznej, tak lubiane i komentowane grupowe zabawy modelarskie, mordheimowy powiew blogowy, wreszcie solidne wprowadzenie do co najmniej trzech systemów bitewnych. Wszystkim zaangażowanym w powyższy wkład serdecznie w tym miejscu dziękuję! Naturalnie liczę, że dacie z siebie więcej, ho, ho.
Mówiąc o celach na przyszły rok wspomnę tylko jeden - po prawdzie moje własne, ciche i skromne życzenie: by na stronę pisało jeszcze więcej osób, które mają niejedno w ogólnie pojętym hobby bitewnym do powiedzenia i pokazania, i których w tym kraju (o czym jestem święcie przekonany) jest sporo. Pierwsze jaskółki na horyzoncie można już dostrzec. Trzymajmy kciuki.
Ponieważ, jak pisałem na początku, daty tylko umownie oddzielają czas od czasu a jutro jest po prostu kolejny dzień, prezentowany poniżej rydwan, czy raczej stan zaawansowania prac nad nim, pasuje do dzisiejszego wpisu. Lwy i pojazd gotowe w tym roku, załoga to już historia o tytule 2009. Również symbolicznie odnosi się to moich powyższych wynurzeń - rydwan zgiełku, solidna podstawa, jaką jest strona, toczy się do przodu. Czeka natomiast wciąż na chętną załogę, która do niego wsiądzie i wniesie swój indywidualny wkład w mówienie, pisanie i pokazywanie bitewnego hobby. Nie dajcie na siebie czekać! Zapraszam.
szeperd
P.S.
O samym malowaniu napiszę więcej, kiedy całość będzie już gotowa. Do usłyszenia już wkrótce.

niedziela, 28 grudnia 2008

Tera k.. my!

Nu i co jezd yntelygienty !? Że niby zdziwione som, he? No to tera słuchajta uwarznie: Dżony jósz tó nie blogóje, tera MY tu rzondzimy, jasne!? Aha, jakby ktury miau jakieś wonty, to nas tó bendzie wiencej, a jak przyjdzie Szefu i tfarde chopaki to dopiero zobaczyće! Eee…yyy… uee… bghuurpp…
Taa, wiedziałem, że długo to nie potrwa. Żeby pisać bloga, trzeba umieć wypowiedzieć więcej niż pięć słów na krzyż i liczyć do więcej niż trzech. Chopaki i we dwudziestu nie podołaliby takiemu zadaniu. Na razie jednak poznajcie pierwszą piątkę. Mój wybór padł na bogaty i szpanerski klan Bad Moonz – dało mi to asumpt, by pobawić się żółtym kolorem, z którym do tej pory w ogóle nie miałem do czynienia – żółta farba Foundation znacznie przyspieszyła pracę. Z ogólnego wyglądu ekipy jestem zadowolony – szczególnie z zadrapań na blachach. Chopaki wyrwali jednak do przodu tak ostro, że nie zdążyłem poprawić kilku niedoróbek (boki podstawek, ząb wiszący pod ciężkim karabinem, starta farba na plecaku z amunicją itd.). Nieźle prezentuje się też zielona skóra, zardzewiała stal (choć wymaga jeszcze dopracowania) oraz pustynne podstawki. Zrobiłem je z podartej na drobne kawałki korkowej podkładki, fakturę korka maskowałem warstwą zwykłej budowlanej szpachlówki, a następnie dziobałem prostopadle pędzlem o sztywnym, twardym włosiu – dało to bardzo fajną chropowatą powierzchnię idealną do cieniowania. Zastanawiałem się też, czy nie pobrudzić podstawek suchym pigmentem… sprawa na razie pozostaje otwarta.

poniedziałek, 22 grudnia 2008

Powróćmy jak za dawnych...

Wszystko było jak należy. Inauguracja dwutygodniowego urlopu w wyśmienitym stylu. Pierwsza, od dłuższego czasu, rozgrywka w warhammerka (wypadałoby ją faktycznie nazwać reaktywacją) w pełni usatysfakcjonowała moją bitewniacką duszę. Starcie z prezesowską Bretonnią na 2500 punktów pobudziło pozytywnie krążenie i dało sporego, hobbystycznego kopa.
Swoją armię oparłem na dwóch solidnych klockach piechoty i niezawodnych bolcach. Do flankujących uderzeń przewidziałem lwi rydwan, dragonów oraz księciunia na gryfie. Naprzeciw mnie stanęło sześć, zakutych po żeby w stal klinów oraz trzy (!!!) oddziały morderczych pegazów. Cudowanie odnalazły się stare, poczciwe makiety. Stan pomalowania obu armii na stole - 95%. Czegóż można chcieć więcej? Oczywiście ciekawej rozgrywki. Taką sobie wspólnie urządziliśmy. Pomimo sporej przerwy, grało się jak z nut, bez żadnych wątpliwości co do zasad czy niepotrzebnych spięć. Kości obdarowywały wszystkich po równo (no, sprawa nieco dyskusyjna…), fruwały blachy, kolejne jednostki sprowadzano do parteru. Jeden z moich gwoździ programu zawiódł już w drugiej rundzie, pozbawiając mnie szans na utrzymanie lewego skrzydła. Nie popisał się i Książe (break test z re-rollem na 8 - failed!). Za to dumą mogą napawać topornicy, którzy odparli łączoną szarżę dwóch klinów. W centrum, którego broniła cieniutka linia łuczników, do ostatniej rundy miałem nadzieję na wyeliminowanie bretońskiego generała (uprzednio pozbawionego swojego latającego rumaka). Było kilka taktycznych błędów, co najmniej dwa komiczne. Dużo by opowiadać! Nie jestem dzisiaj obiektywny, więc poprzestanę na stwierdzeniu: niech żyje warhammer! I to pomimo wyniku 2159:1353 na moją niekorzyść. Ja chcę wiecej!

niedziela, 21 grudnia 2008

Niedokończone opowieści

Jutro od dawna oczekiwana partyjka w WFB. Taka grudniowa reaktywacja (z dobre pięć lat temu zrobiliśmy taką jedną…). Cieszę się jak dzika świnia, lista armii już gotowa, za moment będę pakować figurki. Oczywiście gram ze swoim długoletnim adwersarzem, czyli Bretonnią Prezesa. Jako, że moje elfy są w zasadzie w całości gotowe, na taką okazję chciałem zdążyć z pielgrzymami i relikwiarzem. Nie udało się. Stanęło na sześciu mnichach plus czterech z truposzem. Nie tylko cały regiment pozostanie niedokończony (przynajmniej przeze mnie, bo mam szczerą nadzieję, ze Prezes domaluje pozostałą szóstkę). Również w sferze niezrealizowanych zamierzeń pozostanie pomysł napisania jakiejś ciekawej i zabawnej historii, wokół tych, lekko zwariowanych, mnichów. Na wszystko nie starczyło po ludzku czasu, czy, mówiąc górnolotnie, inwencji twórczej.
Tak czy inaczej, choć praca nie została dokończona, mam z niej dzisiaj sporo satysfakcji. Regiment był świetną odmianą po piętnastomilimetrowej skali, która zdominowała znakomitą większość tego roku w moim warsztaciku. Miałem okazję przekonać się, że warhammerowa skala i figurki to jednak ‘majfejwret’. Dodatkowo eksperymentowałem z nowymi narzędziami: mokrą paletę, ostatnią edycją washów GW, pędzlami firmy “Kozłowski”. Jestem zadowolony.
Jutro starcie na 2500 pkt. Ciekawe, czy po drugiej stronie stołu zobaczę prezentowany tu regiment (jakże rzadki widok). No i ciekawe ma się rozumieć, czy praca znajdzie uznanie w oczach mojego starego batllowego kompana. Dam Wam znać.

wtorek, 16 grudnia 2008

Znów ten czerwony

Ano znów. I zaraz wytłumaczę, czemu tak się stało. Najpierw dla sprostowania czemu ‘znów‘: bo kiedyś malowałem bohatera do Bretonii i pomysł oparłem właśnie na czerwonym kolorze (Czerwony Baron). A dzisiaj prezentuje kolejnego bohatera do tejże armii (w zasadzie powinienem powiedzieć, pozostałości bohatera) i znów w czerwonej tonacji. W końcu bowiem udało mi się przysiąść nad relikwiarzem i oto na zdjęciu efekt. Skąd ten czerwony? Pewnie dlatego, że skończyłem wreszcie czytać tzw. Śląską Trylogię Andrzeja Sapkowskiego, gdzie rycerstwa ze znakiem czerwonego kielicha jest co niemiara. Malowany delikwent, było nie było, z kielichem też ma coś wspólnego i pewnie dlatego uderzyłem w tytułowy deseń. I pewnie to błąd, bo truposz raczej jawi się wiekowy, tym samym szmaty powinny mocna zblaknąć, tu i ówdzie zaimponować dziurą. Tymczasem marną imitacja starości jest niewielki banderek na końcu lancy. Oryginalnie żółty, kłuł mnie mocno w oczy, więc przejechałem się po nim suchym pędzlem, w dodatku białym. Kolczudze zaaplikowałem nieco rdzy (błotny tusz), samą lancę też można jeszcze dopieścić. Wreszcie, pamiętając o sposobie przygotowania innych podstawek w bretońskiej armii, zaaplikowałem na sporych rozmiarów ’podest’ nieco oryginalnej posypki GW. Innymi słowy, pracy trochę figura wymaga - czterech braciszków, sporych rozmiarów żerdź, na której wisi dzwon, nad którym, z kolei, siedzą doczesne szczątki jakiegoś tam rycerzyka. Bracia zadni otrzymali w prezencie pomarańczowe włosy, na modłę krasnoludzkich zabójców. Pomysł szalony, nie bardziej jednak niż łażenie z truchłem na desce od wsi do wsi. Przy okazji miałem pierwszy raz możliwość pomalowania świec (hmmm, kolejne będą lepsze?).
Z poważniejszych skojarzeń, nie mogłem się opędzić w pewnym momencie od Cyda. Ponieważ malowanie całego regimentu rozwlekło się w czasie, opuścił mnie też wesoły nastrój, jaki towarzyszył pierwszym sześciu pielgrzymom. Ale srutu-tutu, baju-baju - liczy się w końcu to, co powie klient. Jeszcze drugie tyle pielgrzymów i niech ta cała szalona i pokręcona załoga w habitach startuje z mojego biurka w inny wymiar. Pora bowiem przymierzać się do realizacji noworocznych planów modelarskich.
P.S.
To także moja pierwsza próba złożenia dwóch zdjęć w jedno… wielkie nieba!
P.P.S.
To nie jest mój najmocniejszy tydzień...

RSS FeedRSS