Zastanawiałem się ostatnio nad spadkiem wydajności w malowaniu, przede wszystkim długości pojedynczego posiedzenia nad figurkami. Jasne, że to nie czasy studenckie, kiedy malowałem i do czwartej rano. Z drugiej strony znowu taki stary nie jestem, żeby tych dwóch godzin nie wytrzymać. A z tym właśnie cały kłopot związany: szybko męczące się oczy, po godzinie malowania jakieś mroczki. O co chodzi? O podstawową sprawę: światło. Ponad dwa lata temu zmieniłem lampkę. W miejsce wysłużonej i rozsypującej się produkcji rodzimego przemysłu z tradycyjną żarówką, kupiłem nówkę o szerokiej żarówce, oświetlającej sporą część biurka. I tu właśnie jest pies pogrzebany. Stosowana w niej żarówka to nic innego, jak świetlówka. Te nigdy nie przepalają się, mają znacznie dłuższą żywotność od tradycyjnej żarówki próżniowej, na skutek zużycia świecą po prostu coraz słabiej. Tylko, że to trzeba umieć stwierdzić! Nadto, świetlówki działają na bazie ciągłych wyładowań elektrycznych, w związku z czym mamy do czynienia z tętnieniem światła, na pozór nie zauważalnym, w przypadku jednak skupiania wzroku na małych powierzchniach tak męczącym. Przepraszam samego siebie! Kupiłem wczoraj nową lampkę – z tradycyjną żarówką. Trochę pośpiesznie, ale nie chciało mi się jechać do drugiego sklepu w poszukiwaniu lampek z żarówką halogenową, prawdopodobnie najlepszą do malowania miniatur, bo dającą prawie stały strumień światła. Niemniej nawet z nowym zakupem różnica jest spora a efekt to solidne dwie i pół godziny przy farbach, bez mroczków, rozdrażnienia i zmęczenia. Amen.


0 komentarzy:
Prześlij komentarz