Byłbym zapomniał o podkładzie muzycznym na dziś z dosyć zresztą oryginalnym teledyskiem. Ewentualnie oryginalny oryginał.
Stefan Kiełkowski siedział na brudnym kamieniu w pełnym słońcu. Żar leje się z nieba pomyślał ścierając z czoła wielkie krople potu i wpatrując się w wielką ognistą kulę wysoko nad głową. Stefek był wampirem. Był wampirem jak jego tata, a jego tata był wampirem jak jego ojciec i tak daleko daleko wstecz. Byli wampirami z pokolenia na pokolenie.
Z gąszczu opodal wyłonił się kulawy ghoul prowadząc jakieś mizernie wyglądające zwłoki. Zombie kulał jeszcze mocniej niż prowadzący go ścierwojad. W zasadzie to bardziej powłóczył nogą niż kulał. A właściwie powłóczył obiema nogami, o ile jest to w ogóle możliwe. - Cof mi to znofu Senek pfyprofacił? – wyseplenił pytanie wampir. Stefan miał w zasadzie jeden mały problem. Urodził się z za dużymi kłami kąsającymi. Zębiska były wielkie i krzywe, więc sprawiały sporo problemów nie tylko przy pożywianiu się, ale nawet przy wypowiadaniu słów. Po brodzie pociekły mu dwie strużki krwi w miejscach gdzie kły spotkały się z ciałem. - Paaaniee, świeżutki towar paaaniee. – wydukał przeciągle ghoul Zenek ciągnąc za sobą gnijącego ożywieńca. - Pfecies to gófno, a nie sombi, pafałachu – powiedział wściekły, a krew coraz obficiej zalewała mu brodę. –Paaaniee, mój paaaniee nie stresuj się tak, bo znowu zasłabniesz z upływu krwi jak przedwczoraj, paaaniee – przymilnie odezwał się ghoul podając mu śnieżno białą koronkową chusteczkę. Wampir obtarł toczące się z jego brody potoki krwi. – To świeżutko wykopany ożywieniec, paaaniee. Jeszcze ciepły, mój paaaniee. – sługa klepnął zombiego w ramię demonstrując towar. Tuman kurzu wzbił się w powietrze, a o ziemię z głuchym plaskiem uderzyła ręka truposza. Przez chwilę wszyscy w trójkę w milczeniu obserwowali odpełzające w stronę lasu ramię. Stefan z politowaniem spojrzał zezem na Zenka przewracając wymownie żabimi oczami. To był w sumie drugi malutki problem wampira, miał wielkie wybałuszone żabie oczy w dodatku z zezem. – Senek, senek, senek – chusteczka nabrała jeszcze więcej karminowego koloru. – Kiefy ty smondzejes, pfecies to sajs – wampir Stefan był też poliglotą. – To sfykły sajs s dufy. – dokończył głęboką myśl. W tym momencie zombie stracił wszystkie wnętrzności, które z chlupotem rozlały się u jego dwóch kulawych nóg. Przez chwilę wszyscy w trójkę ze zdziwieniem obserwowali odpełzające w pobliskie krzaki flaki. – Nie fiedzałem se oni to potfafią. – rzekł z podziwem wampir. – To świetny towar, paaaniee – rozpromienił się ghoul i zamachnął żeby klepnąć ożywieńca, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. – Mój Paaaniee, nawet bez kiszek i ręki potrafi dobrze walczyć, Paaaniee. Ma jeszcze drugą i to w dodatku prawą. Stefan wstał niezdarnie z gorącego od słońca kamienia i powoli przykuśtykał do swojego nowego żołnierza. Zapomniałem wspomnieć, że Stefek od urodzenia miał platfusa, ale to już ostatni z jego problemów. Obkuśtykał powoli swój nowy nabytek, stanął przed nim i spojrzał w górę. No dobrze, dobrze, ale to, że był niskiego wzrostu i garbaty nie ma już przecież takiego znaczenia. – Pokaf fęby! – wykrzyczał w gnijącą twarz zombiemu opluwając go gęsto śliną. – Paaaniee, on jest martwy, ale nie głuchy, paaaniee. Władek pokaż ząbki Paaanuu. – Władek posłusznie rozwarł gębę i pokazał bezzębne dziąsła. Wampir z niezadowolenia pokręcił głową i po chwili powiedział – Nadas się. Fiem, co s nim sfobimy. Chofcie sa mnom! – wydał rozkaz i klepnął Władka w plecy pozbawiając go drugiej ręki i rozwartej przed momentem żuchwy. Nie zauważając ghoula usiłującego dogonić szybko pełznące w chaszcze ramię, ruszył szybkim jak na niego krokiem w stronę lasu. – Już pędzę, mój Paaniee, pędzę! – usłyszał oddalający się głos sługi. Zenek nie miał większego problemu z dogonieniem dwóch powłóczących nogami kompanów, zdyszał się jednak lekko. Z triumfalnym rzężeniem wymachując zdobytą ręką wcisnął się do kolumny tuż za swoim Paaaneem. Nagle wampir zatrzymał się gwałtownie, jak na jego tempo oczywiście, i ghoul wpadł na niego taranując brutalnie. Stefan zgrabił się jeszcze bardziej, choć na pierwszy rzut oka wydawałoby się to niemożliwe. Odwrócił się do winowajcy ze łzami w oczach – Ty ifioto! Oftafłeś mi pięfę! – wyjąkał opluwając całą twarz Zenka kroplami śliny i krwi. – Fo? Znaczy Słucham mój Paaaniee? Nie rozumiem. - Oftafłeś mi pięfę, defilu! – Aaaa, obtarłem Paaanuu piętę, mój Paaaniee. – rozpromienił się po chwili ghoul zadowolony, że rozszyfrował słowa swojego mistrza. Mocne uderzenie z otwartej dłoni w twarz posłało go prosto w ramiona wlokącego się w tyle ożywieńca, o przepraszam, posłałoby gdyby Władek jeszcze miał ramiona. Głowa zombiego z pustym stuknięciem uderzyła o ziemię i potoczyła się w gęstą trawę. Wampir stęknął i załamał ręce –Kufa! – wychrypiał - Posbiefaj go, jefteśmy na miejsfu.
Ghoul z głową pod jedną i ręką Władka pod drugą pachą wpatrywał się zdumiony w to, co stało przed nimi. – Paaaniee mój, pa… co to jest? – zapytał nie kończąc służalczej formuły i zmieniając ton w istne zdumienie. – To jes wiefchofies dla Fłafka. – Zenek długo wpatrywał się z tępym wyrazem twarzy w pokrwawione usta wampira. Z wysiłku kropla potu wytoczyła mu się na skroń, pociekła po policzku i zanim jeszcze rozprysnęła się na głowie Władka pod pachą ghoula, krzyknął wesoło – Aaa, wierzchowiec dla Władka! Paaniee, mój Paaniee. – dokończył służalczo. – Ale…gdzie? – wystękał ponownie zdumiony. Zniecierpliwiony Stefan podszedł do dziwnej kupy patyków, szmat i innego paskudnego ścierwa. Kilkoma ruchami odgarnął część śmieci ukazując pod nimi resztki szkieletu…chyba końskiego. – No to do foboty. Zapafuj Fłafka na wiefchofsa. Sługa stał zrezygnowany przed końskim strzępem z głową Władka pod jedną pachą i ręką Władka pod drugą pachą. Zmęczonymi oczami wpatrywał się w upadający właśnie bezręki i bezgłowy korpus ożywieńca po zderzeniu z pobliskim drzewem.
Ghoul z głową pod jedną i ręką Władka pod drugą pachą wpatrywał się zdumiony w to, co stało przed nimi. – Paaaniee mój, pa… co to jest? – zapytał nie kończąc służalczej formuły i zmieniając ton w istne zdumienie. – To jes wiefchofies dla Fłafka. – Zenek długo wpatrywał się z tępym wyrazem twarzy w pokrwawione usta wampira. Z wysiłku kropla potu wytoczyła mu się na skroń, pociekła po policzku i zanim jeszcze rozprysnęła się na głowie Władka pod pachą ghoula, krzyknął wesoło – Aaa, wierzchowiec dla Władka! Paaniee, mój Paaniee. – dokończył służalczo. – Ale…gdzie? – wystękał ponownie zdumiony. Zniecierpliwiony Stefan podszedł do dziwnej kupy patyków, szmat i innego paskudnego ścierwa. Kilkoma ruchami odgarnął część śmieci ukazując pod nimi resztki szkieletu…chyba końskiego. – No to do foboty. Zapafuj Fłafka na wiefchofsa. Sługa stał zrezygnowany przed końskim strzępem z głową Władka pod jedną pachą i ręką Władka pod drugą pachą. Zmęczonymi oczami wpatrywał się w upadający właśnie bezręki i bezgłowy korpus ożywieńca po zderzeniu z pobliskim drzewem.
- Och nie, mój Paaanie, och nie. – westchnął smutno.
- No. To piefszy jusz z głofy! – zaklaskał w ręce Stefan
Zaczynamy kolejny rozdział w postaci pierwszego oddziału „special”. Są to Black Knights w dosłownym tłumaczeniu Czarni Rycerze chociaż mi bardziej pasują Czarni Jeźdźcy. Prezentuję ich Wam dziewięciu, ale dosyć nietypowych. Sami jeźdźcy to figurki zombie z Konfrontacji, które ujeżdżają już prawie standardowe szkielecie wierzchowce z GW. Prawie standardowe, bo pokusiłem się o drobną modyfikację w postaci obwieszających je szmat. Gołe wyglądały jakoś mało efektownie i nie pasowały do kompletu z zombikami. Myślę, że po tej modyfikacji są bardziej spójni. Do następnego razu.
Pomalowane: 156 modeli (77,48%)
Ilość punktów: 1513 (45,93%)







4 komentarzy:
Dobor kolorow, styl i technika jak zwykle bezbledna, cos czuje, ze jakby mi przyszlo przeciwko tej armii grac, to zamiast myslec, wgapialbym sie w figurki z jezorem na blacie;]
heh, dzięki, to może zagramy? miałbym w końcu jakieś szanse wygrać ;D
Maaasakraaaa na kółkach, znaczy się na kopytach! :D
Malowanie bezbłędne tak jak humor opowiastki, normalnie humor jakby żywcem wyjęty z Jakuba Wędrowycza, a może nawet lepszy, bardziej fantasy ;)
No! To są prawdziwi Czarni Jeźdźcy. Nie jakieś tam śmiesznawe badziewia. Świetny 'tjuning' koników w połączeniu z doskonałymi wzorami z Konfrontacji sprawia, że masz teraz jeden z oryginalniejszych regimentów, jakie widziałem. A Władek faktycznie aż się prosił o żartobliwe tło. Tym samym jeszcze raz: wyrazy uznania!
Prześlij komentarz