Pąąąą, pąąąą pąąąą, pąąąą, pąąąą – dochodził do niego dźwięk gdzieś głęboko w czaszce – pą, pą, pą – sosna! Szybki unik w lewo. Pą, pą, pą – brzoza! Nagły skręt w prawo. Pą, pą, pą – Khurwa dąb! – zbyt wolny unik w lewo… – Piephrzony busz!
Gwacek usłyszał głuchy łomot, a po chwili miękkie plaśnięcie gdzieś poniżej. Kilka żołędzi ze stukotem posypało się z gałęzi łysawego już, ale olbrzymiego drzewa. Spojrzał w górę… W zasadzie nie w górę tylko w dół. Chociaż wszystko zależy od punktu odniesienia. Wszystko to dlatego, że Gwacek był nietoperzem i jak to nietoperze mają w zwyczaju wisiał głową w dół. Niewiadomo z resztą po cholerę. W każdym razie spojrzał w dół.
– To ty Drak? Znowu zapomniałeś o starym szerokim Bartku? – krzyknął gdzieś w stertę liści, a dokładniej w coś szamoczącego się w tych liściach.
– Dhraque! Kolego, moje imię wymawia się Dhraque! Ile hrazy mam powtarzać, że to bhretońskie imię. Po ojcu – odkrzyknęła z oburzeniem kupa pożółkłych liści. – Khurwa nienawidzę lasu.
Gwacek podniósł się ciężko z pozycji wiszącej do samego pionu. Coś chrupnęło.
– Verdammt! Cholerne plecy – wystękał – Kto wymyślił to wiszenie do góry nogami. Zawsze nadwerężam sobie krzyż jak się podnoszę – Właściwie Drak, skąd ty wziąłeś tego ojca z Bretonii, przecież to w cholera daleko stąd? – krzyknął do kolegi masując się szponem po krzyżu.
– Phrzyjacielu mój – wyrecytował dumnie robiąc krótką tajemniczą pauzę obiecującą ciekawą historię – Nie mam zielonego pojęcia. – dokończył zrezygnowanym głosem.
Draque wdrapał się niezdarnie na gałąź, którą zajmował Gwacek i usiadł zgarbiony obok przyjaciela zwisając nogami w dół. Siedzieli tak dłuższy czas w ciszy ramię w ramię machając z nudów łapkami. Drak rozmasowywał obolałą głowę, a Gwacek niewidzącym wzrokiem wpatrywał się w korę starego drzewa.
– A słyszałeś, że ryjówki także używają echolokacji? Heh, ale jak można te szczury porównywać do nietoperzy? – parsknął z pogardą i z uśmiechem spojrzał na siedzącego obok chudego, myszowatego Draque’a, który akurat rozmasowywał sobie poszkodowany w zderzeniu, pomięty wąsaty nos. Uśmiech błyskawicznie spełzł z jego szczurowatego pyszczka.
– No może trochę - wymruczał pod nosem.
– Co mhówiłeś kolego? – zapytał Draque błędnym wzrokiem spoglądając na skrzydlatego przyjaciela.
– A już nic – odburknął.
– Phodobno przyjacielu, są znane przypadki wykorzystania echolokacji przez ludzi – próbował zagajać Bretończyk – Głównie niewidomych. Ale przecież my nietoperze widzimy świetnie. – skwitował Draque mrużąc oczy i próbując wyostrzyć rozmazujące się drzewa. – Taak, pherfekcyjny wzrok – zadowolony uśmiechnął się do siebie.
– No tak, w dodatku za pomocą echa drugiej harmonicznej jesteśmy w stanie określić prędkość obiektu na podstawie przesunięcia dopplerowskiego. Natomiast częstotliwość fali dźwiękowej jest istotnym parametrem w echolokacji z powodu zjawiska dyfrakcji fali. Wysoka częstotliwość fali oznacza mniejszą jej długość, a zdolność rozdzielcza, podobnie jak w optyce, jest tym większa im mniejsza jest długość fali – z obojętną miną Gwacek uzupełnił wypowiedź kolegi. Draque jeszcze bardziej zmarszczył czoło i z miną pełnego niezrozumienia ponownie spojrzał na kolegę.
– Phowołali Cię już do woja, mój dhrogi kolego? – szybko zmienił temat Draque
– Taa.. – markotnie odpowiedział Gwacek wyjmując spod skrzydła wielką pomiętą kopertę z wydrukowanymi olbrzymimi literami: GWACEK MÜLLER, STARY DĄB, GAŁĄŹ 5/12
– O hżesz, khurwa. Mnie też. Marynarka. A Ty? – wystękał Draque wyciągając bliźniaczą kopertę, ale znacznie brudniejszą, bardziej pomiętą i z zamazanym adresem, ale niepozostawiającym wątpliwości widocznym nazwiskiem: DHRAQ le POMPIDOU.
– Piechota. Verdammt! Scheise, scheise, scheise – Ghwacek elokwentnie wyraził swoje wątpliwości, co do przydziału, a może ogólnie do armii. – To przez ten czarny pas Choy Lee Fut.
– Taa, pamiętam. Nie musisz mi phrzypominać. Wiążę z tym niemiłe wspomnienia. Nie wspominaj o tym przy Rogerze. Kthórego masz się stawić? – zapytał ze spuszczoną głową Draque
– Napisali, że 1 września, ale u nich ciągle są jakieś opóźnienia. Ostatni pobór spóźnił się chyba ze kwartał. Może i nam się upiecze.
– A no racja, ale wątpię. Ghenerał już wszystkim ghroził, że to ostateczny termin stawienia się w koszarach, paskudny pastuch. Miało być w ostatnią sobotę, ale się coś tam przeciągnęło. Za to cały weekend sthraciłem na przygotowaniach.
– Ja tak samo. Verdammt! Scheise video!
– Co? Jakie wideo?
– A nie wiem, tak mi się jakoś powiedziało – wzruszył ramionami Gwacek.
– Merde, merde, merde! – nie chcąc być gorszy Draque puścił niewinną wiązankę, z odwiecznym przekonaniem, że w innym języku się przecież nie liczy.
– Że co?
– A to takie tam – po bhretońsku.
– Aa, że po zagranicznemu znaczy się, a to chyba, że tak – odpowiedział bez sensu Gwacek, zbyt przygnębiony wizją służby wojskowej, by formułować racjonalne wnioski. – Kiedy to wojsko się w końcu skończy?
– No, mają być jeszcze dhwa pobory i w tym roku ma się to skończyć.
– To i tak cholernie późno. Krążyły plotki, że miało się to wszystko skończyć w zeszłym roku, ale ktoś spieprzył. Cholerna „góra”, siedzą tam wygodnie w fotelach i im wszystko bimba, a my biedne żuczki musimy zapier…
– Cii, ktoś leci. – przerwał mu Draque i Gwacek nie zdążył dokończyć wywodu więc nigdy już nie dowiemy się co miał na myśli. Teraz obaj w napięciu wsłuchiwali się w szumiący las. Do ich uszu nie dochodziły nic więcej, aż w pewnym momencie usłyszeli dźwięk jakby nietoperze skrzydła gwałtownie skręcały między drzewami.
– Fok!!– spomiędzy gałęzi dobył się krzyk i jeszcze gwałtowniejszy szelest nietoperzych skrzydeł. - Pą, pą, pą, pą,….uff! - Zza wielkiego pnia z gęstwiny z furkotem wystrzelił nietoperz odrywając i rozsypując liście na wszystkie strony. Gwałtownie zahamował tuż przed twarzami dwójki przyjaciół i usiadł na gałęzi.
– Witaj Roger, spóźniłeś się – z wyrzutem odpowiedział mu Gwacek spoglądając na wielki staromodny złoty zegarek na łańcuszku wyciągnięty spod lewego skrzydła. – Mieliśmy już dawno wylecieć.
– Sorry, kolędzy. Straszny ruch w lesię, więcie jak jęst. – odparł Roger poprawiając biały szal – Poza tym ćwiczyłem – załapałem się do lotnictwa. To, co? Czas na nas?
– Zaraz, zaraz, nie pali się. Właśnie, a propos, może jeszcze po papierosku przed lotem? Tak, dla odstresowania się? – zapytał Gwacek wyciągając spod skrzydła miękką paczkę Lucky Strike’ów i kierując na zmianę w stronę przyjaciół.
– Nie, dzięki, nie palę…papierosów. Ale te Twoje zrobiły mi smaka na…coś. – wystękał z trudem Draque i rozglądając się nerwowo we wszystkie strony wyciągnął spod prawego skrzydła bibułki, spod lewego malutkie dziwnie pachnące pudełeczko i już po chwili pośpiesznie skręcał coś w palcach.
– Ja o tęj porzę wolę herbatkę – powiedział dostojnie Roger spoglądając na sporych gabarytów srebrny zegarek wyciągnięty zza kamizelki. Po chwili wydobył spod skrzydła słusznych rozmiarów zestaw do parzenia herbaty – imbryk, filiżankę ze spodkiem oraz pudełko prawdziwej Earl Grey. Po czym gdy upewnił się, że nikt nie patrzy zza pazuchy wyciągnął piersiówkę i wypełnił filiżankę w dwóch trzecich brązowo złotym, intensywnie i specyficznie pachnącym płynem, oczywiście nikt nic nie widział.
Nagle dobiegł ich zaskakująco głośny dźwięk dzwoniącego telefonu doprowadzając do zawału całą trójkę. Gwackowi wypadł papieros wprost do imbryka z herbatą, filiżanka Rogera ześlizgnęła się ze spodka gdzieś w leżące gęsto liście, a Draque rozkaszlał się na całego połykając za dużo chmury dymu łącznie z malutkim niezdarnie skręconym… czymś. Dźwięk klasycznego dzwonka – drrryń, drrryń, drrryń – dobiegał z dziupli tuż obok.
– To Twój? – zapytał Gwacka Roger. Ten ze strachem w oczach pokiwał głową
– Noo, to odbierz! – ponaglił zdegustowany.
Gwacek sięgnął głęboko do dziury w drzewie i wyciągnął z niej wielką staromodną słuchawkę, której skręcony w sprężynkę przewód ginął gdzieś głęboko w czeluściach wielkiego dębu.
– Jaa? – zapytał po chwili nieśmiało.
– Do cholery, gdzie jesteście zawszone obdarte szczury!! Czekamy tu na Was od rana parszywe zaśmierdłe karaluchy! – ze słuchawki dobiegł okropny jazgot taki, że cała trójka bez problemu słyszała każde słowo. Gwacek pomału odsunął słuchawkę od ucha – To Generał Shepherd – wyszeptał przerażony. – Macie natychmiast stawić się w koszarach Wy niewyrośnięte pokurczone gryzonie! Rozkaz do odlotu! Natychmiast, bo powieszę Was za te małe pomarszczone… - reszty słów nikt nie usłyszał bo Gwacek upuścił telefon żeby zahal… znaczy zasalutować i wykrzyknął:
– Ja wol, Her Ubersturmfuhrer!
– Roger that! – wyśpiewał Roger stając na baczność
– ….Parley? Phhhrzyjaciele? – dziwnie zmienionym, powolnym głosem wybąkał Draque próbując skupić wzrok na jednym z trzech obiektów, z których dochodziły dziwnie niezrozumiałe i obojętne mu słowa.
Opowiastka napisana całkowicie spontanicznie na wcześniej skojarzonym motywie przewodnim. Klasycznie absurdalna historia z kilkoma bezsensownymi dialogami i gagami, w których czuję się najlepiej. Co oczywiście nie znaczy, że dobrze. No, ale cóż, wyszło jak wyszło. Wielu z Was rozpozna kilka elementów, które zainspirowały mnie podczas pisania tej historii. Niektóre są skutkiem ostatnich oraz nie całkiem ostatnich wydarzeń i zasłyszanych słów, a inne oglądniętych po raz enty filmów pełnych niewiarygodnych przygód. Jest ona oczywiście w stu procentach prawdziwa i nawet w jednym promilu nie różni się od zaistniałych faktów. Chciałbym jednak zaznaczyć, że jakakolwiek zbieżność nazwisk i imion jest czysto przypadkowa. I jakiekolwiek insynuacje i nieuzasadnione pretensje będą w chamski acz stanowczy i zdecydowany sposób odrzucane tudzież negowane i ripostowane w sposób bezkompromisowy.
No, koniec abstrakcyjnych wywodów i czas na konkrety. Przed Wami oddział z kategorii „Special”, dla niewtajemniczonych w arkana poliglotyzmu znaczy to Specjalny. Tak więc oddział specjalny – Fell Bats – można ich nazwać Upadłymi Nietoperzami. Że są upadłe nie ma wątpliwości wystarczy przeczytać historię powyżej. Powiedziałbym nawet, że podupadłe. Coś jak… podporucznik.
Malowanie w klimacie mojej armii, czyli w brudnych brązach plus trochę szarości dla złamania nudy. Podobnie malowałem ghoule, tyle, że bez szarości, a także bat swarms, i w tym przypadku akurat z szarościami. Panów sztuk osiem, słownie też osiem. Oddziałek w sam raz żeby mieć pewność, że wykończy jakąś załogę działa – ich statystyki i doświadczenia polowe przekonały mnie, że przewaga 8 do 3 jest w sam raz.
Chyba tyle chciałem Wam dziś zaprezentować. Dziękuję za uwagę i do następnego razu.







6 komentarzy:
lol
ps. tylko tyle umiałem wymyślić wczoraj w nocy, żeby nie narazić sie na cytuję "chamski acz stanowczy i zdecydowany sposób odrzucane tudzież negowane i ripostowane w sposób bezkompromisowy" ;)
Najbardziej ze wszystkich to podoba mi się gość który jedną ręką wbija miecz w skrzydło gacka, a drugą wali go pięścią po ryju - boski jest - normalnie jak Arnold i Wielbłąd w starym dobrym Conanie Barbarzyńcy :D
He, he, he, he, he - oj zasypiałem wczoraj mocno rozbawiony. Faktycznie ta konwencja pisania tekstów to Twoje środowisko naturalne. Na serio jestem taki niedobry dla 'podwładnych'?
Skoro o naturalnych środowiskach mowa, to oczywiście dzisiejsze miniatury też są tego najlepszym przykładem: pomysłowa konwersja, dynamiczny efekt, malowanie pasujące do całej kolekcji - czyli Pan Gobos zaprasza!
Aha: ten gacek z miniaturki na samej górze wygląda, jakby też przeczytał powyższe opowiadanko.
W sumie obaj dzisiaj wygraliście. Ja zajmuję skromne, acz ciągle medalowe, trzecie miejsce.
Finał na wyciągnięcie ręki - damy radę. Mieliśmy skończyć w grudniu i tak będzie. Nie ważne, że w cyfrze dotyczącej roku będzie 1 zamiast 0. Napieramy!
Ach jakże się cieszę, że zrobiłeś to zdjęcie "z góry". Dopiero na nim można docenić w pełni twoją pracę włożoną w pomalowanie tych niełatwych modeli. Ogromnie podoba mi się to co zrobiłeś malując skrzydła nietoperzy, tam gdzie model nie ma żadnej wyraźnej rzeźby. Nadając im ten komiksowy charakter, zanurzyłeś te modele w dynamice jakiej same sobą nie prezentują w żadnym calu. Bardzo mi się to podoba. Chyba trafione było również pozostawienie, stojących w charakterze stojaków ludzi, w jak najprostszej kolorystyce, tak aby nie odciągały uwagi od głównej części tych minidioramek (uroczych jak zwykle, na marginesie).
Z opowiadanka pośmiałem się jak norka, bardzo przyjemne :).
Malowanie na tym poziomie i pokazywanie rezultatów szarej publiczce to chamstwo i tyle! Czekam z niecierpliwością na WIELKI TYTANICZNY FINAŁ
Dzięki wielkie za komentarze. Cieszę się, że się podobało.
Co do czytania czy też nie czytania to wiadomo sprawa indywidualna. Nikogo nie zmuszam do czytania choć powiem, że chętnie widzę komentarze także dotyczące tekstu i powiem szczerze, że najbardziej cenię sobie właśnie takie. Tłumaczenie się brakiem czasu do mnie nie przemawia bo taki tekst to kilka minut, raczej otwarcie powiedzcie, że Wam się tego badziewia nie chce czytać :) Ale jak pisałem każdy korzysta z BZ jak chce, więc niech czyta kto lubi. Nie zadawajcie tylko potem pytań, na które odpowiedzi są zawarte w tekście bo to już trochę głupio wychodzi ;)
Ja mimo wszystko będę pisał dla tej niewielkiej garstki, która jednak czyta.
Jeszcze raz dzięki i pozdrawiam
Prześlij komentarz