czwartek, 15 marca 2007

Natury się nie da oszukać

Długo myślałem, że Manfred von Richthofen jest nieco naciąganą inspiracją do modelu, nad którym pracuję – szczególnie do przyjętej kolorystki pegaza. Na szczęście na ratunek pospieszyła Matka Natura – w ostrawskim zoo natknąłem się na obrazek, który wprawił mnie w euforię. O ile bowiem przez długi czas miałem się za wynaturzonego genetyka, majstrującego przy upierzeniu królewskich rumaków latających, o tyle teraz wiem, że nie mam powodów aby tak myśleć. Czerwone ptactwo istnieje i ma się dobrze. Wszystko dzięki czerwonym flamingom - proszę tylko popatrzeć na zdjęcie.
Tymczasem prace nad pegazem zostały definitywnie ukończone. Obok kilku poprawek (np. dodatkowe białe warstwy na szyi czy ‘podrasowane’ symbole na tarczkach) na kropierz trafiły smocze symbole z kalkomanii. Szmata jest w głównej mierze malowana techniką suchego pędzla – podobnie postąpiłem przy próbie podcieniowania nałożonych symboli. Obawiałem się bowiem, że jeżeli czerwone smoki trafią na biały herb bez takiego zabiegu, całość wyjdzie jakość blado i bezwymiarowo. I znów postąpiłem eksperymentalnie. Tarcza na kropierzu ma czerwony kolor bazowy, dalej rozjaśniona jest białym kolorem. Wreszcie w miejscu, gdzie na herbie nałożona jest kalkomania próbowałem czarnym kolorem (suchy pędzel) wytrzeć niejako zarys smoczego symbolu. Efekt prezentuje się na drugim zdjęciu. Nic z niego nie wyszło. Dlatego pozwoliłem sobie rozjaśnić smoki z kalkomanii kolorem żółtym. Pegaz dostał jeszcze z lakieru bezbarwnego i został odprowadzony do stajni. Teraz to już naprawdę najwyższa pora na barona – tym bardziej, że wyznaczyłem sobie termin ukończenia całego modelu na najbliższy sobotni wieczór.

Nowe "Miniatury Morskie" (zeszyt 1-2)

Pewnych odruchów czy uniesień się nie zapomina – mogą ‘przeczekać’ lata w ukryciu i wystarczy drobne wspomnienie aby poczuć się jak przed laty. Tak było ze mną, kiedy dostałem do przeczytania dwa numery Miniatur Morskich.

Miniatury Morskie – Zeszyt nr 1
Surigao. Ostatni Bój Gigantów
Michał Ozon

Miniatura traktuje o, uznawanej za największą i ostatnią, morskiej bitwie pancernej, w której starły się okręty wojenne w XX wieku. Jest rok 1944 i szala zwycięstwa w wojnie na Pacyfiku przechyla się na korzyść Aliantów. Cesarka flota Japonii jest już mocno osłabiona, szczególnie w klasie okrętów, które awansują podczas konfliktu II wojny światowej na głównych rozgrywających – lotniskowcach. Alianci rozpoczynają inwazję na Filipinach a w cesarskim sztabie powstaje plan akcji Sho-Ichi-Go – szerokiego i wieloelementowego działania kilku zespołów japońskich, których ostatecznym zadaniem jest zniszczenie floty desantowej, lądującej na filipińskiej wyspie Leyte. Jedną z bram do plaż Leyte stanowi cieśnina Surigao…

Autor w obrazowym stylu przedstawia tło akcji: manewry taktyczne i rozstawienie przeciwnych stron, poszczególne etapy nocnej bitwy i ostateczny bilans starcia. Japońscy marynarze i ich bojowy dowódca wiceadmirał Nishimura przedstawieni są w konwencji wojowników – samurai. Warto nadmienić, że w bitwie wzięły udział japońskie pancerniki klasy ‘Fuso’, o bodaj największych pomostach bojowych w historii tej klasy, które amerykańscy marynarze  nazywali pagodami.

Obok barwnego opisu bitwy dostajemy oczywiście mapę, schematy głównych jednostek biorących udział w starci oraz  ich dane techniczne. Wszystko okraszone niezłą dawką zdjęć. Gorąco polecam, nie tylko miłośnikom pancerników (nie mylić ze skeczem kabaretu Mumio).

Miniatury Morskie – Zeszyt nr 2
CSS Alabama. Korsarz Konfederacji.
Sławomir Kędzierski

Z wielkim zaciekawieniem wziąłem do rąk ten numer MM. Powód tego jest prosty – o ile szeroko interesowałem się tematyką marynistyczną, w tym historią bitew, o tyle nigdy nie miałem okazji przeczytać bodaj jednego opracowania o morskiej stronie wojny secesyjnej, która toczyła się  w 19-wiecznej Ameryce.

W wyniku zawoalowanych, zakamuflowanych i przebiegłych działań niejakiego J.D. Bullocha  w stoczni angielskiej wodowany zostaje bark o nazwie „Enrica”, z przeznaczeniem na statek  pocztowy. Szybko jednak, niczym w porywającym filmie akcji,  przedzierzga się w bojowy okręt Konfederatów (czyli Stanów Południowych) o nazwie CSS Alabama i wyrusza na Atlantyk w korsarskiej misji przeciw okrętom  Unii (czyli Stanów Północnych), zmierzając ku swemu przeznaczeniu.

„CSS Alabama” to zeszyt o dwuletniej wyprawie tytułowego krążownika wodami Atlantyku i Oceanu Indyjskiego – wyprawie, która pozbawiła Unię blisko 70 statków handlowych oraz uszczupliła jej kasę o 6 ówczesnych milionów dolarów. Nazwany okrętem widmo krążownik, czy wręcz samo jego imię paraliżował strachem marynarzy Unii czy  armatorów a jednocześnie rozgrzewał serca śledzącego jego losy świata. Warto prześledzić losy rycerskiego dowódcy Komandora Semmesa oraz jego niezłomnej załogi.

Adrian Stolarczyk

niedziela, 11 marca 2007

Eksperyment trwa...

Kontynuując eksperyment o kryptonimie ‘czerwony baron’ dotarłem do momentu, w którym trzeba było złożyć pilota różowej awionetki. Wcześniej oczywiście samolot nabrał ostatecznego wyglądu – no, prawie ostatecznego. Kolczuga pod kropierzem została pomalowana jednak przy użyciu tuszy (wbrew założeniom, że wyłączenie ‘suchy pędzel’), sam kropierz to kilka odcieni niebieskiego. Małe tarcze, znajdujące się tu i ówdzie, dostały ‘prysznic’ z mocno rozwodnionych barw podstawowych – na srebrne nałożyłem kolor niebieski, na złote odpowiednio czerwony. Zdecydowałem, że do wzorów na kropierzu użyję kalkomanii – jakieś smoki najlepiej, co odpowiadałoby tarczy samego barona. Pegaz wymaga więc jeszcze kilku poprawek i doróbek, niemniej wkrótce będę mógł się poświęcić w całości malowaniu jeźdźca. Na zdjęciu widać, że został już skompletowany: widoczna jest mała konwersja w postaci skrócenia ręki tak, aby pochylona lanca zmieściła się nad skrzydłem. Dodatkowo na plecy trafił sporych rozmiarów płaszcz, na którym znajdują się skrzyżowany miecz i berdysz. Na doklejenie czeka tylko tarcza. Eksperymentalnie połączyłem wszystkie elementy metalowe używając wyłącznie green stuff’u. Waham się jeszcze, jakiego podkładu użyć. Skłaniam się jednak ku białemu – i to jest również nietypowe, jeśli popatrzy się na moje prace przez ostatnie kilka lat.

piątek, 9 marca 2007

Są jeszcze inne miniatury

Tak, to prawda – są jeszcze inne miniatury do malowania oprócz armii DBA. Po ukończeniu malowania legionu, które to zajęcie wypełniało mi ostatnio niewiele wolnych chwil, które mam, dokonałem małego bilansu – od listopada ubiegłego roku ani jedna miniatura do WFB nie wyszła pomalowana spod mojej ręki. Kiepsko. Tym bardziej, że w ramach prezentu urodzinowego obiecałem Prezesowi, że pomaluję jednego z jego bretońskich bohaterów – w wersji na pegazie. Urodziny już dawno za nami a bohater nadal nie jest gotowy. Wstyd, że trudno opisać. Dlatego walcząc z ogólnie pojętą niemocą wyjąłem farby i postanowiłem nieco poeksperymentować. Może to i ryzykowany pomysł – mówimy w końcu o prezencie, ale niech tam! Spróbuję. Pierwszy element ryzyka ma polegać na tym, że przy malowaniu pegaza używam niemal wyłącznie techniki suchego pędzla . Drugi element to dobór kolorów. Szukając nietypowej inspiracji postanowiłem, że bretoński bohater wzorowany będzie na Czerwonym Baronie – niemieckim asie lotnictwa z czasów I wojny światowej. Dlatego pegaz, jak i ogólnie tonacja całego modelu, ma być utrzymana w kolorystyce czerwonej właśnie. Obecnie ciągle jestem na początku prac. Jak wygląda pegaz, można zobaczyć na zdjęciu. Moja 9 letnia siostrzenica zapytała tylko, czemu jest różowy… Ech. Chyba przyspieszę wysiłki, bo jak dotąd patrząc na efekt, w głowie mam raczej same obawy co do powodzenia czerwono-baronowego eksperymentu...

czwartek, 8 marca 2007

Ujarzmić Bestię

DBA - II/33 - Polybian Roman - 275BC - 105BC

Zwyczajowo jestem strasznie leniwy. I żeby cokolwiek zrobić potrzebuję naprawdę silnej motywacji. Dlatego zapewne moja armia Mrocznych Elfów do WFB nadal straszy czystym plastikiem i metalem, zapowiedziane artykuły dla „Zgiełku” nadal pozostają w bezpiecznym i odległym świecie abstrakcji, a książki, które miałem przeczytać już od dawna zalegają stosem na półce. Jest jednak pewna rzecz, pewien projekt, który udało mi się ukończyć w 100% i jestem w pełni zadowolony z efektów. Jest nim moja pierwsza armia do systemu bitewnego DBA! Takiej frajdy jak po ukończeniu malowania ostatniego elementu nie odczuwałem dawno. I za to muszę przede wszystkim podziękować Tsarowi, który wpadł na jakże genialny i niesamowity pomysł urządzenia kampanii, w której mogą uczestniczyć tylko armie w pełni pomalowane. Ba, ustanowił do tego jeszcze limity czasowe na malowanie armii, wprowadził rankingi postępu prac, oraz ciągle mobilizował nas do pośpiechu… W ten sposób powstały jedyne i niepowtarzalne warunki – pośpiechu, rywalizacji i poczucia wyższego celu, które suma sumarum wyzwoliły we mnie dostateczne pokłady sił do zmierzenia się z najgorszą bestią – leniem, a pojedynek ten zakończył się pełnym sukcesem.

Po tym przydługim wstępie czas chyba powiedzieć cos o głównym bohaterze tego tekstu – mojej republikańskiej armii Rzymu. Armię tę wybrałem w sumie przez przypadek, bo początkowo nie wiedziałem ani jak się w DBA gra, ani czym wyróżniają się armie pod względem figurek, ani nawet nie miałem mojej ulubionej armii z tego okresu, gdyż od czasów liceum nie miałem żadnej styczności z historią jako taką, nigdy też do historii nie pałałem wielką miłością, może poza opowieściami o wielkich bitwach i pamiętnych wojnach (stąd moje zainteresowanie systemami bitewnymi). Początkowo wybór padł na Kartaginę, ale kiedy okazało się ze zebranie tej armii wymaga dość dużo kombinowania i składania elementów z różnych zestawów figurek postanowiłem poprosić Tsara o cos prostszego… I tak otrzymałem zadanie skompletowania rzymskiego legionu. Najpierw nastąpił zakup dwóch pudełek Zvezdy (nr 8038 (kawaleria) i nr 8034 (piechota)), potem zostało tylko malowanie. Proste, o ile wie się coś o swojej armii, albo po prostu nie zwraca się uwagę na zgodność historyczną. W moim legionie te strategie są ze sobą wymieszane w proporcjach 50/50. Rozpoczynając malowanie wiedziałem tylko ze nie wszyscy legioniści w tych czasach nosili szaty w kolorze czerwonym, ze zarezerwowany był on tylko dla najlepszych lub, z czym często było połączone, najbogatszych. Skonfrontowanie tej informacji z przykładowym malowaniem na pudełkach Zvezdy umocniło mnie w przekonaniu ze tego musze się trzymać… i tak, po prostu, zacząłem malować elementy korzystając ze wspomnianych wyżej gotowych wzorów Zwezdy. Z drugiej strony chciałem zachować spójność armii – pokazać jej jednolitość, zdyscyplinowanie, itp. Dlatego tarcze i pióropusze pomalowałem czerwienią, kolorem, który zapewne wszystkim kojarzy się z rzymską armią.

W ten sposób otrzymałem coś, co z grubsza można nazwać historyczną armią… Teraz już wiem ze powinienem bardziej przyłożyć się do historii i przed malowaniem znaleźć jak najwięcej informacji, aby wydobyć prawdziwą głębię, a nie stworzyć kolejną armię do WFB opartą na schemacie kolorów zależnych od estetycznych upodobań autora…

Cóż, w końcu przyszło mi odrobić zadanie domowe i wybrać generała oraz dowiedzieć się co nieco o bitwach jakie przyjdzie mi być może stoczyć w trakcie kampanii. Poszukiwania rozpoczęte na stronie fanaticusa doprowadziły mnie ostatecznie do wikipedii i spędzenia kilku długich wieczorów na zagłębianiu fascynującej historii wojen punickich, rzymskich sukcesów i porażek. Przynajmniej wiem, że moim generałem zostanie ktoś z rodziny Scypionów… być może nawet sam sławny Publiusz Scypion zwany Afrykańskim! Na tą chwilę wszystko wskazuje, że jestem na dobrej drodze – jeszcze nie przegrałem ani jednej bitwy w swojej (niestety jeszcze niezbyt długiej) karierze gracza DBA.

Cóż mogę jeszcze napisać? Może o technice malowania figurek? Cała armia podpada pod jeden schemat: podkład (czarny) + kolor podstawowy + kolor rozjaśniający. Pozwoliło to dość dobrze wydobyć szczegóły figurek i zachować delikatne cienie, z drugiej strony nie wymagało zbyt wielkiego nakładu sił. Malowanie armii zamknąłem w czasie około 3 tygodni wytężonej pracy i jak już pisałem we wstępie, ukończenie armii sprawiło mi dziką satysfakcję. Pozostaje jeszcze tylko sprawa obozu, ale mam nadzieję rozwiązać ją już niedługo.

Na końcu, jeszcze raz chciałbym bardzo podziękować Tsarowi za jego genialny pomysł i za wkład w organizację kampanii. Osobne podziękowania należą się tez Szeperdowi, naszemu drugiemu konsulowi, który wprowadził wspomnianą wcześniej atmosferę rywalizacji i którego ciągle musiałem gonić w rankingach, zdwajając wysiłki w malowaniu. Tym wiec dwóm ludziom świat zawdzięcza prezentowany tutaj rzymski legion, na razie bez nazwy… nazwę mam nadzieję znajdę w zgiełku bitwy.

Robert Szczelina 







RSS FeedRSS