czwartek, 4 listopada 2010

Zaskoczenie

- Frederic! Ty żyjesz, ty stary łamignacie! - Mark nie potrafił ukryć zaskoczenia, kolejnego pozytywnego zresztą tego dnia.  
- A tak... Tak się jakoś składa – Frederic uśmiechnął się nieznacznie, siedział na pieńku robiącym za prowizoryczną ławkę przed namiotem służby medycznej. Lewa ręka spoczywała na temblaku. 
Mark rozejrzał się w koło, podszedł i usiadł obok starego druha. Zniżył głos do szeptu i rozglądając się nerwowo zapytał:
- Podobno uratowali Cię ci Elfowie z lasu... Ktoś mówił, że widział jednego, który pomagał Ci przejść przez okopy, cały w liściach i strzępkach dziwnych szmat, tak że nie można było w nim rozpoznać człowieczych kształtów... Niektórzy mówili, że Ci sami pomogli nam potem w walce z bestiami w obozie...


- Taaa... Byli tacy... - Coś dziwnego pojawiło się w spojrzeniu Frederica.
- To opowiadaj! Jak to było! Coś taki zrobił się cichy...?
- Trzech z nich oddało za mnie życie... - Odpowiedział Frederic lodowatym głosem. - Nigdy nie myślałem że ci nieludzie są zdolni do czegoś takiego dla nas... Ja nigdy bym dla nich czegoś takiego nie zrobił... Do teraz...
Między przyjaciółmi zapadła cisza. Z odległości dochodziły odgłosy sprzątania obozu po nocnej walce, z bliższa, z namiotu medyków słychać było pojedyncze urywane jęki rannych.
- No dobrze – powiedział Frederic – Skoro jesteś ciekawy, to opowiem Ci jak było... Wszystko zaczęło się, kiedy w nocy wyszedłem z namiotu w kierunku tamtego lasu... 

Scenariusz: misja ratunkowa Frederica


Strony konfliktu: 

Obrońcy: Frederic 9Empire Sworsmen, bez tarczy, broń ręczna), 5xWE Waywatcher, Atakujący: 20xChaos Warhounds.



Rozstawienie:
Gra rozgrywana na połówce normalnego stołu (jak border patrol). Frederic i jeden Warhound ustawieni w dowolnym miejscu na linii przechodzącej  przez środek pola walki równolegle do krótszych boków stołu. WE Waywatchers rozstawieni w lesie po jednej stronie, przy krótszej krawędzi stołu. Pozostałe Warhound'y poza planszą – w rezerwach, będą mogły wchodzić na stół z drugiej krótszej krawędzi.

Koniec gry:
Gra trwa 8 tur lub do śmierci wszystkich modeli ze strony broniącej się. Strona broniąca się wygrywa jeśli Frederic przeżyje do 8 tury gry, jeśli przeżyje więcej niż 3 modele broniących się zwycięstwo jest pełne, w przeciwnym wypadku jest małym zwycięstwem. Strona atakująca wygrywa jeśli Frederic zginie. Zwycięstwo jest pełne, jeśli zginą więcej niż 3 modele strony broniącej się, w przeciwnym wypadku jest to małe zwycięstwo.

Zasady specjalne:
Skirmish fight: wszystkie modele na stole traktuje się jako niezależne – jako Lone Models.
Endless tide: wszystkie zabite modele po stronie atakującego wracają jako rezerwy. Jeśli gracz posiada pięć (lub więcej) modeli może spróbować na początku swojej tury włączyć je do gry. Za każde pełne pięć modeli może rzucić kostką, przy wyniku 4+ te pięć modeli zostaje umieszczone na stole, tak jakby właśnie wróciły z pościgu za planszę (tak jak rezerwy). Mogą wykonać pełny ruch, nie mogą szarżować. Jesli rzut kością się nie powiedzie, nalezy poczekac do klejnej tury 9dla tych pięciu modeli)

Morale: Nie wykonujemy żadnych testów na panikę, złamanie w walce, straty z wystrzelania. Zakładamy, że Frederic jest zdeterminowany aby bronić swojego życia do końca, podobnie jak Waywatchers. Z drugiej strony ogary chaosu są popychane do walki jakąś nieznaną, potężną siłą i nie ustąpią do końca bitwy.

Przebieg rozgrywki:

Pierwsza tura: rozpatrujemy walkę Frederica z ogarem chaosu, tak, jakby oba modele szarżowały w tej turze. Po rozpatrzeniu tej tury walki, gracz atakujący może spróbować umieścić na stole pozostałe swoje oddziały, tak jak napisano w zasadach, a gracz stroną broniącą się może wykonać ruch oddziałem Waywatcher'ów.
Kolejne tury: pierwszy swoją turę wykonuje gracz atakujący, po nim broniący się.

- Kashiya, weź swoich i wracajcie do najbliższego posterunku, powiedzcie co sie dzieje. Ja ze swoją piątką zostanę tutaj – zawyrokował Gilhadir. - Musimy mieć oko na to co tu się będzie działo, poza tym, może uda nam się przy pomocy tych ludzi w dolinie odeprzeć ten atak. 
Młoda elfka skinęła głową, obróciła się lekko w miejscu i pobiegła w głąb lasu, za nią ruszyły cztery inne cienie. Gilhadir owinął się ciasno swoim liściastym płaszczem, skinął ręką. Tylko szelest podobny do liści na wietrze dał znać, że gdzieś w pobliżu poruszała się reszta jego oddziału. Skierował się w dół zbocza w kierunku gdzie widział tego samotnego człowieka nieopodal starego Grysaarda,  łatwiej będzie przekonać jednego człowieka że nie ma się złych zamiarów niż pakować się pod ostrzał z ich obozu.


W ostatniej chwili Frederic uskoczył w bok unikając ostrych jak brzytwa pazurów monstrualnego wilka. Przez chwilę patrzył prosto w jego jedno jarzące się błękitno oko, w bezdenną pustkę dziwnej otchłani, która przerażała bardziej niż cokolwiek innego na ziemi. Odruchowo pchnął w tą błękitną pustkę sztyletem, z uczuciem ulgi gasząc ją na zawsze. Wilk bezgłośnie zwalił się natychmiast na ziemię, przez chwilę darł ją jeszcze pazurami, aby znieruchomieć na zawsze. Frederic otarł pot z czoła i rozejrzał się. Niedaleko majaczyły ciepłe ognie obozu. Z drugiej strony błękitnym, przerażającym i lodowatym ogniem płonął las. Frederic zacisnął sztylet w ręce i z łomoczącym sercem popędził w kierunku ognisk.


Kiedy wyszli na polanę Gilhadir dostrzegł biegnącą postać człowieka, za nim widział wielkie truchło monstrualnego wilka, a jeszcze dalej ścianę błękitnych ogni. Pierwsze z ogni wychynęły z lasu i zamieniły się w ślepia tych samych monstrualnych wilków. 
- Stać! Przygotować się! - Nałożył smukłą strzałę i naciągnął cięciwę. Obok czterej członkowie jego grupy zrobili to samo. Wypuścił swoją strzałę i na ten odgłos cztery pozostałe także zostały zwolnione. Dwie z pięciu par ogni zgasły. 
- Cel! - Wymierzył drugi raz, znów wypuścił strzałę. Pięć śmiertelnych pocisków pomknęło w noc, na odległość ponad trzystu kroków, w totalnych ciemnościach. Dwa kolejne wilki oddały ostatnie tchnienie, w pędzie ryjąc ziemie swoimi wielkimi cielskami.






Dostrzegł ich dopiero kiedy omal na nich nie wpadł. Dziwne, nieziemskie postacie. Duchy lasu, od stóp do głów okryte płaszczami z liści, otoczone dziwną aurą, magiczną i niesamowitą, ale przyjazną, nie złowieszczą jak te wilki za nim. Zauważył je przez ruchy - zwinne i szybkie. Postacie co rusz napinały misternie wykonane łuki i wypuszczały strzały, prosto w noc. Gdyby nie ten ruch pewnie przebiegłby obok nich, myśląc że to tylko dziwne sterty liści, których pełno teraz w lesie. Jeden z nich wyciągnął w jego stronę rękę, nakazując zatrzymanie się. Tak też uczynił. Odwrócił się i zobaczył jak kolejne wilki zbliżające się do nich padają pod gradem strzał. Spojrzał na swojego wybawiciela, w piękne brązowe, wielkie oczy ukryte pod ciemnoczerwonym kapturem. To były Leśne Elfy.


- I wtedy rzuciły się na nas niezliczoną hordą! Leśni wyciągnęli swoje miecze i cięli bestie z taką precyzją, że nawet te nie miały szansy na kontratak. Jednak miały przewagę liczebną... Rzuciły się w trójkę na jednego i rozszarpały na strzępy. Na moich oczach. Nieszczęśnik zdążył jeszcze ubić jednego przed śmiercią... Potem napadły nas chyba ze dwa tuziny naraz, z każdej strony, miecze Leśnych zataczały błyskawiczne i zabójczo piękne koła, wysyłając do piachu każdego wilka na swojej drodze, jednak ich było zbyt wielu. Starałem się robić co mogłem, ale nie potrafiłem walczyć tak jak tamci. Sam nie wiem jak to możliwe, że przeżyłem to piekło. Chyba tylko dzięki Sigmarowi! Zanim wilki się wycofały, padł jeszcze jeden z Leśnych, drugi dostał poważną ranę, tak że nie mógł wstać. Jeden z jego towarzyszy odciągnął go w las, drugi, ten z brązowymi oczami chwycił mnie za ramię i pociągnął do obozu... Kiedy znalazłem się w obozie upadłem z wycieńczenia. Nie wiem co było potem.


Frederic zakończył swoją opowieść. Znów nastała chwila ciszy. 
- Co z nami będzie? Co tu się dzieje? - Mark był wyraźnie zakłopotany.
- Nie wiem, naprawdę nie wiem...






Ralfa bolały wykręcone i spętane na plecach ręce. Szorstka lina wbijała się w nadgarstki. Smród brudnego futra zwierzoludzi, którzy prowadzili go na śmierć, lub może na coś gorszego, sprawiał że czuł mdłości. Spojrzał na Jaspera, który szedł jeszcze w gorszym stanie obok niego. Próbował się bronić, kiedy wczoraj w nocy zwierzoludzie wpadli na ich kryjówkę. Pół twarzy zalała mu krew z rozcięcia, które biegło od czoła, przez policzek do podbródka. Stracił lewe oko. Szedł dysząc ciężko. W prawym, zdrowym oku nie było widać nawet iskierki nadziei, tylko ból i strach. Jakiś zwierzoczłek kopnął Ralfa boleśnie swoją uzbrojoną w kopyto nogą, zaskrzeczał coś w swoim plugawym języku. Ralf zmusił nogi do szybszego ruchu. W oddali widać było skały, na których stała pojedyncza postać opierająca się na lasce. Zastanawiał się, czy to jeszcze jeden z tych diabłów, którzy ich prowadzili...


Nie mylił się. Kiedy stanęli na wzgórzu, zobaczył przygarbioną postać ubraną w brudnoszare, być może kiedyś białe szaty. Spod szat widać było kopyta i obrośnięte futrem pokraczne nogi, w uzbrojonym w pazury ręku trzymał kostur obwieszony najróżniejszymi czaszkami. Stał tyłem. Żaden ze zwierzoludzi nie ośmielił się do niego podejść. Ralf wiedział, że boją się go, tak jak on bał się ich. 


Powoli postać odwróciła się i Ralf spojrzał w płonące błękitem przerażające oczy. W tym momencie tym bardziej pożałował ucieczki z obozu tamtej nocy. Poczuł, że czeka go los gorszy od śmierci, którą oferowała tamta noc. Teraz jednak było już za późno. Bestia stojąca za nim wystąpiła powoli na przód i przemówiła tym swoim gardłowym głosem w języku którego nie rozumiał. Ten z płonącymi oczami odpowiedział coś krótko, potem dodał coś co brzmiało jak rozkaz. Ralf poczuł pchnięcie i poleciał głową naprzód w kierunku istoty w białej szacie. Upadł na kolana. Jakaś ręka chwyciła go za włosy i podniosła głowę w górę. Zajrzał prosto w błękitne, bezdenne otchłanie chaosu. Serce zaczęło walić jak opętane. „Sigmarze, ratuj moją duszę...” pomyślał, zanim świat wokół zawirował. Wewnątrz głowy usłyszał słowa, których nigdy nie słyszał, ale których znaczenie zrozumiał. TERAZ TWOJA DUSZA STANIE SIĘ CZĘŚCIĄ NASZEGO WIELKIEGO PLANU! Kiedy zapadał się coraz głębiej w otchłań swojej nieświadomości towarzyszył mu tylko demoniczny, głęboki śmiech.


- Przyprowadziliśmy tych dwóch człowieków, o Przepotężny. - wielki zwierzoludź wystąpił na przód. - Tak jak kazałeś. Jakie są twe rozkazy, o Najmądrzejszy? 
- Nie musieliście ich okaleczać wy imbecyle – powiedział szaman wskazując jednego z ludzi, tego który stracił lewe oko. - Taki mi się do niczego nie przyda. Weźcie go i wrzućcie tam gdzie trzymamy resztę truchła do eksperymentów. I żebyście mi się go nie ważyli zeżreć tak jak ostatnim razem! Bo porozrywam na drobne kawałeczki! - Zagroził. - A teraz dajcie mi tego drugiego!


Ktoś popchnął drugiego z ludzi w przód, tak aby upadł na kolana przed szamanem. 
Wielki zwierzoludź z nie najbardziej zadowoloną miną skłonił się i zawrócił oddział, kopiąc człowieka bez oka z całej siły, tak iż ledwo utrzymał równowagę. Oddział oddalił się w kierunku wielkich, ciemnych słupów dymu na horyzoncie.
Szaman chwycił człowieka za włosy i odchylił jego głowę tak, aby ten spojrzał mu w oczy. 
Gdzieś głęboko w umyśle szamana otwarło się mistyczne połączenie między nim, jego Panem i tym nieszczęsnym człowieczkiem. Szaman pozwolił, aby jego Pan przemówił przez niego, do umysłu tego nic niewartego ludzkiego śmiecia. Niech wie, jak wielka spotkała go nagroda!


Gdzieś w oddali Jasper usłyszał głos swojego przyjaciela. Przeciągły krzyk, straszniejszy od czegokolwiek co słyszał do tej pory. Krzyk odbił się echem wśród drzew i skał. I zapanowała dziwna cisza. Nawet bestie, które go prowadziły zdawały się zaniepokojone. Pod stopami Jasper poczuł drżenie ziemi. Gdzieś, z wnętrza lasu, dobiegły niesamowite odgłosy, jakby pękały drzewa i łamały się skały. Gdzieś budził się do życia przerażający efekt plugawej beastmenskiej magii.

No i to by było na tyle. Długa przerwa, dużo się zdążyło zdarzyć. To co widzicie to mała niespodzianka. Już skarżyłem się Szeperdowi, że mam dość beastmeńskiej wszędobylskiej sierści do malowania, tak więc postanowiłem ubarwić trochę moją kolekcję. Zamierzam jeszcze pociapciać kiedyś ze 2-3 inne oddziały z armii Imperium, oraz z jednego maga, aby mogło to wszystko pracować jako straż przyboczna Baltazara i sam Baltazar zarazem. To wszystko po to, abym mógł sobie rozgrywać (sam albo ze znajomymi) małe bitewki pod to opowiadanie, które tworzę. W związku z tym postanowiłem umieścić jedno sprawozdanko z takiej bitwy w formie narracyjnej , plus oczywiście zasady z jakich korzystałem. Chciałem rozegrać bitwę obronną obozu Baltazara, ale niestety nie zdążyłem wszystkiego pomalować na czas, a historia popychała mnie naprzód, tak, że założyłem po prostu, że obóz się obronił (można o tym poczytać w poprzedniej historyjce, z piątego wpisu).

Co do beastmenów, to niestety nie mam czego pokazać, no może poza demem Bestigorów. Oto on:



Chciałem pomalować sztandarowego armii i pokazać jego konwersję, ale niestety czasu zabrakło. Proszę się nie zżymać, na to co napisałem, ale naprawdę różne i różniste obowiązki na studiach (a tak, dalej kontynuuję studia, tym razem Piled Higher and Deeper, w skrócie Ph.D) i w pracy wpłynęły na brak czasu na malowanie. Ale za to zapowiadam że następnym razem będzie coś naprawdę duuużego!!!



PS. Stan zabawy jak poprzednio.

Robert Szczelina

poniedziałek, 1 listopada 2010

Kamuflaż

Wróciłem z królewskiej Pragi, gdzie spędziłem dwa dni, intensywnie przemierzając zakamarki Starego Miasta, Małej Strany, Żiżkowa i hradczańskiego wzgórza. Odwiedziłem też kilka z praskich szynków - wszak nie można spacerować bez odpoczynku a nic tak nie krzepi, jak kufel czeskiego pienistego czy coś ze skromnej kuchni naszych południowych sąsiadów. Jakże ja lubię takie wypady! Zwykle ciężko mnie z domu ruszyć, potem jednak może być tylko świetnie. W samej Pradze zaczynam się czuć coraz swobodniej (pewnie dlatego pełniłem rolę przewodnika) i jest to jedno z miast, do którego wrócę jeszcze nie raz.

Dzisiaj też dzień wolny od pracy. Nie mogłem więc zbyt długo opierać się naciskom syna i zasiedliśmy do Króla Jerzego, oczywiście wg wyrobionego już schematu. Najpierw żmudne sklejanie kolejnych podzespołów. Potem gimnastyka z emaliami. Na zdjęciu zobaczyć można sterburtę, która dostała już podwójną warstwę poszczególnych kolorów. Zaczynam mieć wrażenie, że malowanie samego kadłuba okaże się najprostszym zadaniem. Przede mną przygotowanie pokładu i już główkuję, jak sobie z tym poradzić. W każdym razie do desek pokładu użyję farby akrylowej. Doszedłem też to przekonania, że nadbudówki będę na pewno malować przed przyklejeniem do pokładu właśnie. Oceniając postęp prac montażowych, to według instrukcji jesteśmy gotowi w około 80%. Już wkrótce zacznę to pokazywać w moim blogu.

Do wieczora czekam na materiały do kolejnej odsłony Tytanów. Jeśli dotrą, to jeszcze dzisiaj będzie można zobaczyć ostatnie dokonania trójki kolekcjonerów.

niedziela, 24 października 2010

Co tam w stoczni?

Ano prace trwają. Powoli, ale systematycznie, powstają kolejne części brytyjskiego pancernika. Postęp prac nadzoruje mój starszy syn, domagając się codziennie kolejnych efektów. Początkowy etap, jak pisałem poprzednio, nie pokazuje specjalnie nakładu pracy, gdyż sklejać należy poszczególne elementy, typu artyleria, nadbudówki, kominy czy inne drobiazgi. Dopiero pod koniec instrukcji wszystko to trafi w większych ‘podzespołach’ na przygotowany odpowiednio kadłub. Skoro o tym ostatnim mowa, dostał pierwszą warstwę emalii na burty. Tym pochwalę się innym razem.
Wczoraj też, niemal zupełnie spontanicznie, zamieniliśmy kuchnię w pole bitewne, gdyż wieczorem w moje skromne progi zawitali Prezes z Robsonem, jak się łatwo domyślić można, w celu stoczenia śmiertelnego boju w realiach wfb. Najpierw byłem widzem. Oj, było na co popatrzeć. Prezes poprowadził swoją słynną Bretonnię, po raz pierwszy wg zasad 8 edycji. Z kolei Rob wyprowadził do walki swoich beastmenów, których poznajemy z okazji Starcia Tytanów. Bitwa była wyśmienitym widowiskiem. Bestie bez kompleksów ruszyły do zwarcia, Prezes jakby mniej brawurowo (przynajmniej w stosunku do potyczek ze mną), przyczaił się po swojej stronie stołu. Starcie skończyło się co prawda jego przewagą punktową, ale patrząc na stół, nie było to do końca pewne. Przy okazji odpowiedzialny byłem za sędziowanie, sprawdzając sporo zasad w nowym rulebooku. I przyznam, że ostatnia edycja punktuje u mnie coraz bardziej. Zasady bowiem są opisane w bardziej precyzyjny sposób, niż ostatnio - przynajmniej wczoraj w każdym razie, znajdywaliśmy po kolei odpowiedź na pojawiające się wątpliwości.
O drugiej bitwie wypadałoby zmilczeć. Zagrałem inauguracyjnie swoimi Wood Elves. Przyszło mi zmierzyć się z zakutym po zęby Chaosem Prezesa. Cóż… święta lasu nie było, trzykrotna przewaga punktowa Preza na końcu bitwy mówi sama za siebie. Zabiłem dwie paczki wilków i… lorda generała. I to strzałem z łuku! Tyle. Bo nie chcę pisać o wszystkich komentarzach, jakimi okrasiłem swoją nową kolekcję. Na kości też nie ma co narzekać. No nic, następnym razem będzie lepiej. I tego się trzymajmy.

niedziela, 17 października 2010

Powrót Króla


Pięć. Niemal dokładnie pięć miesięcy temu wrzuciłem swój ostatni wpis blogowy. Coś tam od tego czasu na nasz Zgiełk naskrobałem, ale raczej skromnie (sic! - patrz tytuł mojego ostatniego odcinka Tytanów). Nie powiem - kłuje w dołku, jak się człowiek patrzy, że stronka umiera. Powoli, ale systematycznie umiera… Według ostatnich rokowań ma jeszcze przed sobą kilka miesięcy. Sześć, może siedem. Czas się żegnać? Do licha, jeśli tak, to przynajmniej w urozmaiconym stylu.

Może ktoś pamięta, jak w zeszłym roku wystartowałem ambitnie z pomysłem na sklejenie kartonowego HMS Vistory. Pomysł nie wytrzymał próby. Podobnie jak sam model (a raczej sam kadłub) - zdobi dzisiaj pokój moich pociech i dumnie prezentuje kilka sporych dziur w poszyciu. Ot, nie wyszło. Ale czasem w życiu przypadek decyduje o tym i owym. Ponieważ gdzieś tam po cichu przerabiam ciągle podstawki do armii HE, koniecznie chciałem zakupić czerwone listowie z kruszonej gąbki, żeby zastąpić niewygodną w użyciu i nietrwała barwiona gumkę. W końcu coś tam wyniuchałem w sieci i zamówiłem. Koszt wysyłki był spory, więc, w przypływie nagłej ochoty, dołożyłem sobie model okrętu. Taki kaprysik. Żeby jakoś te koszty rozłożyć. Skleję sobie w parę minut i coś popaćkam akrylami. Być może ziarenko zostało zasiane na ostatnich Polach Chwały. Wszystko pięknie, tylko pokpiłem skalę…

Wracam z pracy a tu koło biurka stoi coś, co wygląda jak… połowa “Bitwy pod Grunwaldem” Matejki. Ki… karaś mąci wodę, myślę. Otwieram i jest! Wielgachne pudło. 1:400. Uśmiałem się z własnej głupoty i… zabrałem się za planowanie prac. Dodatkowym motywatorem okazał się ogromny entuzjazm mojego pierworodnego, który domagał się w zasadzie od razu, że już ma być gotowe. A co mi tam! Damy czadu. Trzeba iść za ciosem. I tym razem podejść do tematu jak należy. Szybka wyprawa do modelarskiego - kupiłem humbrolki, których tak się bałem w dzieciństwie (skleiłem od groma modeli, żadnego nigdy nie pomalowałem), tudzież szeroki pędzel. Prace ruszyły.

Niemal co dzień sklejam jakiś drobiazg, trzymając się ściśle kolejności opisanej w instrukcji. Ponieważ jednak mój syn zażyczył sobie większych efektów, więc złożyłem też kadłub. To, co prezentuję na zdjęciu, dostało już podwójna dawkę emalii. Teraz czeka na malowanie burt, oklejone precyzyjnie taśmą maskującą.

Czemu HMS King George V? To pierwszy model okrętu do sklejenia, jaki w życiu widziałem. Mały Modelarz - rocznik 1986 (jak ktoś nie wierzy, niech sobie w sieci sprawdzi). Z instrukcji pamiętam, że zawierał ponad 1500 części. Tak jakoś do dzisiaj mam go we krwi już. I pewnie z pamięci mógłbym powiedzieć o nim to i owo. Uzbrojenie, akcje bojowe. W sumie sklejałem kartonowca ze dwa razy. Nigdy nie skończyłem. Teraz się uda. Uda się?

A liście. Liście są… różowe. Co prawda przykleiłem je na dziesiątkę świeżo podmienionych łuczników. Eeee… mina Prezesa w ostatni piątek sprawiła, że zacząłem je od razu zdejmować. Paznokciem, bo najbliżej pod ręką był ewentualnie młotek. Arghh! Z drugiej strony nie ma tego złego… Niech żyje Król!

sobota, 2 października 2010

Nuts! - zmiana barw


Wiedziałem, że zielony, którego użyłem do malowania niemieckich czołgów Panzer-Lehr, pasuje nieźle, ale czułem, że to jeszcze nie to... Dopiero niedawno trafiłem na zdjęcie modelu niemieckiego niszczyciela czołgów na podwoziu pantery i zachwyciłem się jego kolorem. Trudno mi jednak było zgadnąć, jakiej firmy farbka posłużyła do malowania Jagdpanther. Wiedziałem, że muszę szukać w produktach Vallejo. Po pierwsze, z każdym nowym kolorem przekonuje się o wyższości tych farb nad GW (jakość to jedno, o połowę niższa cena to drugie, o połowę większa pojemność trzecie), a po drugie maja przeogromny wybór. W znalezieniu odpowiedniej barwy pomógł mi Yori (danke schön). Samemu ciężko jest się połapać w palecie barw dostępnej na stronie producenta (co monitor to inne odcienie).

Kupiłem więc farbkę i zestaw tygrysów Italeri ... A co! Kiedy dostałem paczkę, korzystając z czasu przeznaczonego na sen, skleiłem jedna bestię i pomalowałem w nowym kolorze. Efekt tak mnie zadowolił, że przemalowałem z rozpędu jedną panterę... Czasem nawet myślę, że gdyby przemalować całość mojej stajni... STOP!

P.S.

Tym kolorem można wykańczać malowanie rdzy (Johnny - o tym kolorze pisałem w Twoim poście o "hałaśnikach").

RSS FeedRSS