W ostatnią sobotę, już po raz drugi w bielskiej Strefie Gier (i po raz drugi w ogóle), spotkaliśmy się pograć w Kings of War. Spotkanie miało luźny charakter, nie był to ani turniej ani pokazy. Ot, Zgiełk się spotyka i gra. Było to swoiste SPA dla duszy, odmładzające niektórych wiekowych Kolegów do wieku, gdzie pytano o dowód przy zakupie Bugman's Ale.
Założenia mieliśmy dwa. Pograć w bitewniaka i omówić pewien niecny plan do zrealizowania w najbliższe miesiące. O planie przeczytacie niedługo ale jeszcze nie w tym wpisie.
W spotkaniu miało wziąć udział 7 osób. Jedna wypadła z przyczyn niezależnych. Ostatecznie w bardzo ciepły, październikowy dzień do boju ruszyły armie krasnoludów, zwierzoludzi, elfów, nieumarłych i krasnoludów otchłani. Do tej pory w Kings of War grało nas trzech. Gobos, Gregx i ja. Ani Szeperd ani Robson nie mieli w rękach kostek i był to ich pierwsze bitwy. Umówiliśmy się, że będziemy grać na 1500 punktów. Na tyle dużo, że gry były starciami epickich armii a równocześnie na tyle skromne, żeby nawet osoby wcześniej nie grające, skończyły bitwę w 2 godziny.
Pierwsze bitwy to starcie Elfów i Nieumarłych (Szeperd vs Gobos) oraz Zwieszoludzi i Krasnoludów (Robson vs Gregx). Dla Robsona i Szeperda był to pierwsze gry ale bez problemu zaczęli przesuwać modele po stole. Gobos prowadził do walki zmodyfikowaną armię nieumarłych w skład której wchodziły legion (60! modeli) zombie i horda (40!) ghouli. Armia Szeperda to elfy jakie znamy i "kochamy". Włócznie, łuki i prześcieradła.
Robson postanowił sprawdzić czy w Kings of War kawaleria włochatych centaurów jest cokolwiek warta, bo od czasów WFB chciała a nie mogła. Jak się okazało, zmiana nazwy jednostki sporo poprawiła i kawaleria zdolna do impetycznej szarży nawet w terenie trudnym dała się krasnoludom mocno we znaki. Krasnoludom, które okute blachami stawiły dzielnie opór, gotowe toporami wyjaśnić zaistniałe nieporozumienie. Oczywiście ze wzgórz na wroga sypał się ołów z organek. Krasnolud nie wychodzi w pole bez artylerii. Prawda równie powszechna jak prawdziwa. Mniej powszechny był widok berserków krasnoludzkich dosiadających borsuków. Wściekły krasnolud na wściekłym borsuku to coś, czego krasnoludom brakowało. Ostatecznie Szeperd wpuścił Gobosa w maliny i odniósł zwycięstwo a Robson, popełniwszy kilka błędów taktycznych odstąpił ufortyfikowanych krasnoludów. Zwierzoludzie usiekli w stronę wzgórz, gdzie po zjedzeniu mieszkańców pewnego niewielkiego miasteczka, przegrupowali się i uderzyli na krasnoludy otchłani.
Kiedy Szeperd opuścił plac boju, świętując zwycięstwo, do walki ruszyli Krasnoludy Otchłani i Zwierzoludzie a obok, nieumarli i krasnoludy. Armia Robsona, potwornie szybka i manewrowa, wpadła jak piorun kulisty do mieszkania. Jednak po drodze straciła bohatera, i tak, jak na środku pola odnosiła sukcesy, niszcząc hordę golemów, tak lewe i prawe skrzydło utknęły a po pewnym czasie załamały się. Sporą rolę w armii złych krasnoludów odegrali mag i poganiacz niewolników, którzy leczyli obsydianowego golema, walczącego z hordą minotaurów. Straszne bestie! Starcie było tak zaciekłe, że niewiele zapamiętałem z sąsiedniej bitwy - Gregx i Gobos - jak Wam poszło?
Ostatnie bitwy tego dnia to starcie Zwierzoludzi - Herd z nieumarłymi i klasyczne starcie dobrych złych krasnoludów ze złymi, dobrymi krasnoludami. Uwielbiam pojedynki z Vanilla Dwarfs. Zwłaszcza, że tym razem w ich szeregach walczyła kawaleria. Berserkerzy na borsukach i krasnolud-legenda, Sveri. Oba oddziały pokazały klasę. W moich szeregach gwiazdą bitwy okazali się Decimators - garłacznicy, którzy niezagrożeni kawalerią krsnoludów, uwikłanych w walkę z moją jazdą, rozsiewali zniszczenie w centrum linii. Popełniłem w tej bitwie dwa jednakowe błędy i dwukrotnie źle ustawiłem bohaterów, przez co straciłem oddział gwardii nieśmiertelnych i hordę golemów. Jednak dzięki postawie maga, który wspierał czarami obsydianowego giganta, udało mi się w ostatniej turze przechylić zwycięstwo na swoją korzyść.
Bitwa Robsona i Gobosa, którzy rozegrali całą grę mając może trzy pytania o zasady, skończyła się zwycięstwem Zwierzoludzi ale Gobos dał im solidnie zapracować na okraszone stosami trupów zwycięstwo.
Były to ostatnie bitwy tego dnia i uczciwie trzeba przyznać, że dzień był naprawdę, naprawdę udany. Niedługo powtórka! Liczę, że w jeszcze większym gronie!
P. S.
Na koniec, chciałbym podziękować Gobosowi, że przygotował dla każdego uczestnika (z niewielką moja pomocą) okazyjne znaczniki do sprawdzania widoczności oddziałów.






















