wtorek, 27 stycznia 2009

Od Agoge do pola bitwy

II/5a Later Hoplite Greek – Spartan 450BC-275BC

Z Nowym Rokiem nowym krokiem! Postanowiłem wobec tego zadebiutować na łamach „Bitewnego Zgiełku”. Okazja idealna, bo właśnie skończyłem spartańską armię do DBA. Pozwolę sobie więc w kilku zdaniach o niej napisać.

Armia składa się z 12 elementów, do granic możliwości wykorzystałem elementy 4Sp, to w końcu armia Sparty, czyli podobnie jak Spartiaci postawiłem na falangę. Nie jest to może armia zróżnicowana, ale z pewnością ma duży poziom historyczności, zaś w grze – skuteczności. Aby uniknąć monotonii, postanowiłem podzielić ją na historyczne pododdziały. Nie ma to wpływu na grę, jedynie na klimat, a to chyba jest istotny element zabawy w gry bitewne, czyż nie?


Ale do rzeczy. Pierwszymi dwoma elementami są Hippeis, czyli królewska gwardia. Na pierwszym jest sam król, w krwistoczerwonym płaszczu, z poprzecznym grzebieniem na hełmie i kosturem będącym rzeczywistym symbolem jego władzy. W Sparcie było zawsze dwóch królów, gdy jeden wyruszał na wojnę i obejmował dowództwo nad armią, drugi pozostawał w mieście i zarządzał administracją. Władca, który wyruszał do walki, otrzymywał do ochrony doborowy oddział hippeis, uzbrojonych w brązowe kirysy. Warunkiem przystąpienia do gwardii było nie tylko posiadanie doświadczenia bojowego i zasług, ale także spadkobiercy. Krótko mówiąc – gwardziści, byli to mężczyźni żonaci i posiadający przynajmniej jednego potomka płci męskiej. Było ich dokładnie 300, czyli tylu, ilu poległo u boku króla Leonidasa pod Termopilami.


Dalsze trzy elementy to kręgosłup armii, czyli oddziały Spartiatów. Homoioi znaczy równy, było to określenie dotyczące spartańskich obywateli, posiadających dziedziczną działkę ziemi (kleros) w granicach polis, posiadający obowiązek służby wojskowej i uczestniczenia w syssitiach czyli składkowych wieczerzach spożywanych przez obywateli. W młodości przechodzili agoge, czyli trudne szkolenie wojskowe, trwające od 7 do 20 roku życia. Po skończeniu tego wieku homoioi mieli nadal obowiązek udziału w ćwiczeniach wojskowych. W związku z tym ich ziemię zazwyczaj uprawiali niewolni heloci. Ponieważ życie obywatelskie w Sparcie było ściśle związane z państwem i jego obroną, dlatego homoioi to jedni z najlepszych wojowników okresu klasycznego starożytności.

Moi hoplici są opancerzeni w linothorax, antyczną skórzaną zbroję, która w okresie wojny peloponeskiej zaczęła powoli wychodzić z użycia. Ubrałem jednak w nią moich Spartiatów, aby odróżnić ich od nieopancerzonych periojków. Zabieg może nie do końca historyczny, ale dla potrzeb orientacji niezbędny.

 
A oto wspomniani wyżej Perioikoi, czyli siły mieszkańców Sparty, którzy byli ludźmi wolnymi, ale nie posiadali pełni praw obywatelskich. W przypadku wojny byli często mobilizowani, zaś ich oddziały wchodziły w skład armii obywatelskiej. Kadra oficerska takich oddziałów zawsze się wywodziła spośród Spartiatów. Oddziały te były gorzej wyposażone od regularnych oddziałów lacedemońskich. Na uzbrojenie składał się przede wszystkim hoplon z monogramem miasta, z którego periojkowie się wywodzili - w tym przypadku jest to litera lambda, znak Sparty. Ponadto pilos, czyli hełm otwarty, bardzo ceniony w Sparcie, dzięki lepszej widoczności i słyszalności, co w przypadku oddziałów przeznaczonych do manewrowania było niezwykle ważne. Włócznia, krótki miecz (xiphos) i podobnie jak w przypadku Spartiatów, czerwony exomis, nowy typ tuniki używany przez hoplitów.
Choć periojkowie ustępowali poziomowi wyszkolenia Spartiatów, bez dwóch zdań byli lepszymi i i bardziej karnymi wojownikami, niż niektórzy hoplici mniej walecznych poleis Hellady.


Ostatnim oddziałem są Psiloi, czyli lekka piechota harcowników, których zadaniem było wprowadzanie zamętu w liniach wrogiej falangi, inaczej mówiąc - mieszanie szyków. Falanga była zwartą formacją, która traciła na wartości, gdy uległa zmieszaniu czy rozerwaniu. Zadaniem psiloi była właśnie próba dokonania tego.

Często gracze, czy badacze uważają, że spartańscy psiloi to zmobilizowani i uzbrojeni heloci. Szczerze wątpię. Być może po długiej i wyniszczającej wojnie Spartiaci byli zmuszeni do uzbrajania niewolników, ale był to czyn ostateczny i rozpaczliwy. W standardowej armii byli to raczej najemnicy, sprzymierzeńcy lub po prostu młodzi chłopcy, którzy jeszcze nie zakończyli szkolenia na wojowników.

Do budowy armii użyłem figurek firmy Xyston, moim zdaniem absolutny numer jeden, jeśli chodzi o jakość rzeźby i różnorodność póz. Niestety skala jest nieco zawyżona i de facto jest to 17 mm. Graczom raczej to nie powinno przeszkadzać, kolekcjonerom – być może. Ale z pewnością rzeźbiarze Xystona celowo zawyżyli wielkość figurek, aby upchnąć na nich więcej szczegółów i tchnąć w nie nieco życia. Moim zdaniem im się to udało. Zresztą rzućcie okiem na zdjęcia i sami oceńcie.

Piotr "Yori" Cichy

Wojny starożytnego świata. Techniki walki.

Lubię święta, zawsze znajduję pod choinką różne ciekawe rzeczy. Tym razem Mikołaj, reprezentowany przez moją Ukochaną, uzupełnił moją biblioteczkę, o kilka ciekawych pozycji. Przez pierwszą z nich się przebiłem i spieszę donieść naszym Drogim Czytelnikom, jaką opinię wyrobiłem sobie czytając „Wojny Starożytnego Świata. Techniki Walki” pracę trójki autorów pod batutą Briana Todd`a Carey`a.

Książka wydana w miękkich okładkach, przez nasze ulubione wydawnictwo Bellona, jest bliźniaczą pozycją „Wojen Średniowiecznego Świata”. Od razu doradziłbym zakup obu, żeby się potem nie męczyć z szukaniem po księgarniach. Seria pokrywa się chronologicznie z listami armii z podręcznika do DBA, więc śmiało mogę stwierdzić, że jest lekturą obowiązkową miłośnika tego systemu.

Rzuciłem się na tę książkę pełen nadziei na ciekawostki i „smaczki”. ale po jej przeczytaniu mam, co do niej, ambiwalentne odczucia.  Zanim przejdę do opisu zawartości tej pracy, chciałem się podzielić ogólnymi wrażeniami, które spowodowały, że mam mieszane uczucia na jej temat. Już na samym początku, po przedmowie i przed wstępem mamy piękną tabelę, w której zestawiono zawarte w książce mapki. Mamy opis mapy np. „Bitwa pod Maratonem 490r. p.n.e.”, mamy numer mapy, ale brakuje numerów stron, na których te mapy się znajdują. Takie małe nielogiczne niedopatrzenie.

Zdaję sobie również sprawę, że opisanie zmian systemów taktycznych zachodzących na przestrzeni ponad 3 tysięcy lat, w pracy liczącej sobie niewiele ponad 200 stron, musi prowadzić do licznych uproszczeń i uogólnień, jest to naturalne. Ale z drugiej strony książka cierpi, moim zdaniem, na „syndrom Discovery”, że tak sobie pozwolę go nazwać. Chodzi o tak skrótowe traktowanie różnych spraw, że prowadzi to do wytworzenia w odbiorcy niezgodnego z rzeczywistością obrazu. Dla przykładu autor pisze o germańskich sprzymierzeńcach Helwetów: Bojach (sic!). Rozumiem, że chodziło o plemię celtyckie a nie germańskie, które zamieszkiwało również obszary Germanii. Gdybym jednak tego nie wiedział, byłbym święcie przekonany, że chodzi o plemię germańskie. Kultura celtycka i germańska zaś, to dwa odrębne światy, chociaż czasem się przenikające.

Takich kwiatków jest więcej. Autor stwierdza, na przykład, że Hannibal nie zdobył Rzymu, ponieważ nie miał sprzętu oblężniczego. Bardzo interesujące, aczkolwiek to nie była jedyna, ani nawet główna przyczyna tego, że Barkas nie ruszył na Rzym. Jednak o tym już się nie wspomina, co znowu powoduje możliwość wywołania w odbiorcy błędnego przekonania.

Kolejnym lekko mnie irytującym przejawem „syndromu Discovery” jest maniera autora pisania o zdarzeniach, często przecież nie do końca zbadanych (brak źródeł, fałszowanie historii itp.) jako o jasnych i pewnych faktach. Przez całą książkę autorzy się nie zająknęli, że piszą o prawdopodobnym przebiegu takiej a takiej bitwy.

Sytuację ratuje nieco znaczna ilość przypisów na końcu każdego rozdziału, odsyłająca do prac, na których autorzy oparli to, co napisali. Co prawda większość przytaczanych prac to anglojęzyczne wydawnictwa i anglosascy autorzy, ale nie wymagajmy do Amerykanów sięgnięcia do klasyków niemieckich czy francuskich, wybitnych specjalistów i znawców starożytności. Zdarzają się czasem na szczęście fragmenty Polybiusza, Herodota czy Liwiusza i Tukidydesa, więc tragedii nie ma.

Książka podzielona jest zasadniczo na 5 rozdziałów plus dodatki takie jak przypisy, owe nieszczęsne, niepotrzebne zestawienie map i słownik pojęć. Każdy z rozdziałów traktuje o konkretnym okresie historii i zmianach, jakie zachodziły w tym czasie w systemach taktycznych. Do tego dołączone są opisy kliku bitew, jako przykłady zastosowania tych systemów w praktyce.

Warto dokładnie przeczytać wstęp, w którym autor objaśnia zastosowaną w książce metodę podziału sił zbrojnych ze względu na uzbrojenie i funkcję na polu walki. Diagram zawarty we wstępie pokazujący zależności między poszczególnymi formacjami, to prawie że algorytm tabeli do rozstrzygania strać z DBA. Widać od razu, że autor bardziej jest analitykiem militarnym niż historykiem, być może stąd ów „syndrom Discovery”.

Rozdział pierwszy traktuje o powstaniu pierwszych wielkich cywilizacji na Bliskim Wschodzie, i jako wynik rozwoju cywilizacyjnego, powstaniu wielkich armii, złożonych systemów logistycznych i nowych typów uzbrojenia. Opisane są w nim armie od Sumeru po armie imperium Asyryjskiego i Persji. Opisane są również kluczowe bitwy z tego okresu. Warto się zagłębić w analizy dotyczące zastosowania rydwanów wraz z defensywnymi formacjami piechoty.

Rozdziały drugi i trzeci to część pracy poświęcona rozwojowi sztuki wojennej w obrębie helleńskiej części świata. Od archaiku aż do okresu, kiedy zderzyły się dwa odrębne i ewoluujące oddzielnie systemy taktyczne, czyli do wojen perskich. Możemy prześledzić jak rozwinęła się grecka sztuka wojenna, jakie piętno odcisnęła a kulturze i społeczeństwie greckim i jak jej skostniałe schematy rozbiła synteza doświadczeń, zebranych przez stulecia w armii nowego typu: armii macedońskiej. Jej rozwój doprowadził do wojen z Persją i powstania wielkich wschodnich imperiów Diadochów.

Rozdziały 4 i 5 to po prostu Rzym. Od czasów etruskich królów, przez Republikę po rozkwit i upadek Cesarstwa.  W tej części książki dowiadujemy się jak ewoluowała najbardziej efektywna machina wojenna, jaką był rzymski legion. Dowiedzieć się można również, co nieco, na temat tego, co spowodowało, że przestała być tak efektywna. Całość okraszona opisami bitew, mapami i ciekawostkami.

I to już koniec książki. Aż by się chciało sięgnąć po drugą część serii, żeby dowiedzieć się więcej, na temat rozwoju sztuki wojennej, po upadku zachodniego cesarstwa. Nieprawdaż?

Podsumowując, mimo wspomnianych wad, jest to bardzo solidna, przekrojowa praca, którą warto przeczytać, chociażby po to, żeby usystematyzować sobie chronologicznie i pojęciowo zagadnienie, jakim jest sztuka wojenna starożytności. Cała książka, mimo pewnych uproszczeń, o których wspomniałem na początku, jest syntezą ponad 3 tysięcy lat rozwoju systemów taktycznych i logistyki okraszoną niezłymi mapami, oraz ciekawymi tezami w dziedzinie taktyki. Jest, moim zdaniem, obowiązkową lekturą miłośnika DBA, który to system obejmuje w sposób analityczny i uogólniony zagadnienia stosowania różnych rozwiązań taktycznych na przestrzeni 4,5 tysiąca lat historii ludzkości.

Życzę miłej lektury i pamiętajcie! Kupcie obie książki naraz! Nie ma to jak cała seria na półeczce...

Wojny starożytnego świata. Techniki walki.
Brain Todd Carey, Bellona 2008


Cezary Opaliński

poniedziałek, 26 stycznia 2009

Znajdź 10 szczegółów...

Obiecywałem, że już więcej go nie zobaczycie i w pewnym sensie to prawda. Przedstawiam Wam dwa całkowicie nowe modele Shaggy’iego. Po sukcesie poprzednika na aukcji internetowej dostałem zamówienie na dwa kolejne, od dwóch różnych osób rzecz jasna. Co ciekawe jedna z tych osób jest obywatelem naszego kraju i zdarzyło mi się pierwszy raz, że ktoś z Polski zamawia malowanie figurki.
Na zdjęciach widzicie efekt końcowy. Niestety nie umiem powiedzieć ile czasu spędziłem nad tymi modelami, choć ciągle obiecywałem sobie żeby to notować. W każdym razie malowanie ich razem dało sporo oszczędności czasowych. Jedynie na koniec, kiedy wykańczałem detale, zrobiłem to indywidualnie dla każdego z nich. Trojaczkami jednojajowymi to oni nie są bo każdy ma jakieś drobne zmiany. Swoją drogą, rzeczywiście można w tych dwóch modelach znaleźć sporo różnic, nie 10, ale ja widzę 8. Ktoś znajdzie?
Powiem wam, że malowanie tego modelu po raz drugi i trzeci nie zmęczyło mnie. Jest to bardzo ciekawa figurka i cała trójka dała mi sporo satysfakcji i przyjemności. Myślę, że chętnie pomalowałbym kolejnego Shaggotha, może tylko w trochę innej konwencji. Hm, kusząca myśl, muszę się nad tym poważnie zastanowić.

czwartek, 8 stycznia 2009

Dla dziewcząt, które lubią chłopięce gry

Miałem całkiem ładny pomysł na życzenia noworoczne dla czytelników naszej strony i mojego bloga. „Happy New War” chciałoby się krzyknąć, mając oczywiście na myśli miniaturowe pola bitew i te nieznane obszary, które wciąż czekają na odkrycie przez nas. I co z tego, że pomysł był, skoro wnoszenie takich okrzyków, kiedy codziennie jesteśmy świadkami prawdziwych wojen, wydaje się wyjątkowo niestosowne.

Szczególnie niepewnie poczułem się z powodu kolejnej odsłony najbardziej marketingowo napompowanej wojny na bliskim wschodzie. Z jednej strony mamy tam ludzi, którzy mówią: "jesteśmy gotowi poświęcić nasze dusze, naszych braci i siostry, nasze dzieci, naszych bliskich w imię tego, w co wierzymy" i co gorsza robią to, atakując przeciwnika, zasłaniając się bezbronnymi cywilami. Z drugiej mamy innych ludzi, którzy nagle odkrywają, jaka odpowiedzialność kryje się za siłą i niestety często nie dają dobrego świadectwa wyciągniętej nauki. A powinni, wszak nie tak dawno temu, w sensie historycznym, to oni byli w sytuacji nieodległej od tej, w jakiej znajdują się ich adwersarze.

W chwilach refleksji nad zjawiskiem wojny, tej współczesnej, ale też dawnej, przychodzi zwątpienie dotyczące tego czy właściwe jest zajmowanie się hobby, które wojnie właśnie jest poświęcone? Czy sprowadzanie ciężkich, ludzkich przeżyć do przesuwanych po zielonej macie, kolorowych żołnierzyków nie gloryfikuje niesłusznie czegoś, co, niejednokrotnie z dumą, nazywamy sztuką wojenną?

Swoimi wątpliwościami dzieliłem się już wcześniej z przyjaciółmi, licząc na ich opinie i przemyślenia. Powstał nawet pomysł napisania tekstu na Bitewny Zgiełk, który jednak dosyć szybko został zarzucony. Niemałą w tym zasługę miał Hubert, mój (i chyba nie tylko mój) osobisty autorytet wargamingowy, który krok po kroku zbijał moje, dość ubogie jak sie okazało, argumenty przeciw grom bitewnym. Z tamtej, niekrótkiej rozmowy, zapamiętałem jeszcze jeden fakt. Hubert przywołał bowiem na jednego z biegłych, że zastosuję nomenklaturę sądową, kultowego już powieściopisarza angielskiego Herberta Georga Wellsa.

Człowiek ten, znany nie tylko z takich powieści jak "Wehikuł czasu" czy "Wojna światów", przeszedł do historii, jako zdeklarowany pacyfista. Z tego powodu dziwić może fakt, że jest on uważany za ojca figurkowego wargamingu, a stało się tak za sprawą napisanych przez niego, w 1913 roku, pierwszych zasad gier bitewnych, mających służyć rozrywce, zatytułowanych "Little Wars". H.G. Wells powiedział, iż wszyscy dżentelmeni, zamiast sprawdzać się w polu bitwy, powinni zostać zamknięci w swoich salonikach z figurkami i zasadami wspomnianej gry i tam udowadniać swoje talenty strategiczne.

Nie wypada mi się sprzeczać z Wellsem i po prawdzie też wcale tego nie chcę. Odpowiada mi taka argumentacja. Moje małe wojny nikomu nie szkodzą, pozwalają mi sie rozerwać i sprawdzić, a że oparte są na naszej historii? Cóż, ta nigdy nie była prosta i usłana różami. Moje małe wojny nie zwalniają mnie też jednak z obowiązku pozostawania człowiekiem myślącym i czułym na ludzkie cierpienie. Te dwie rzeczy dają się połączyć.

Chciałbym więc na nowy rok życzyć wam nowych gier, nowych figur, nowych, wspaniałych potyczek umysłowych, mnóstwa czasu na nasze hobby i niezbędnej odrobiny refleksji. A wszystkim chętnym bardzo polecam zapoznanie się z grą H.G Wellsa, której pełen tytuł brzmi: "Little Wars: a game for boys from twelve years of age to one hundred and fifty and for that more intelligent sort of girl who likes boys' games and books".

Grę Little Wars można darmowo ściągnąć ze strony ManyBooks.net. Można też przeczytać te zasady wprost ze skanów wydanego w 1970 roku wznowieniu podręcznika na stronie GardenWargaming.com.


środa, 31 grudnia 2008

Rydwan czasu

Dzisiaj koniec roku - symboliczna data, określająca umownie przyjęty odstęp czasu. Skoro tak, to jest to i może okazja do podsumowania mijających dwunastu miesięcy. Prywatne i zawodowe spostrzeżenia zachowam, ma się rozumieć, dla siebie. Poprzestanę na stwierdzeniu, że był to rok nieco szalony, miejscami trudny, na szczęście kończący się bardzo pozytywnym bilansem.
A jak z tym bilansem u mnie, jeśli chodzi o bitewne pasje? Pomimo poczucia permanentnego braku czasu i sił (w dużej mierze uzasadnionego), kończę rok z całkiem dobrą lokatą - dwie 15mm armie do DBA, blogowa zabawa z drużyną pierścienia, wreszcie nieco warhammerowy finisz. W dodatku udało się nieco pograć - trzy wyjazdy z DBA, dwa razy batl. Wiem, wszystko to mało, sam chciałbym więcej. Muszę się w końcu pogłowić, jak to zrobić najmniejszym kosztem innych, o niebo ważniejszych czy donioślejszych spraw.
Wreszcie strona internetowa - nasze kochane dziecko, Bitewny Zgiełk. W wyniku splotu różnych wydarzeń wiosną przejąłem odpowiedzialność za jej kształt, tempo czy, śmielej mówiąc, istnienie. Gdy strona powstawała, co jakiś czas zastanawialiśmy się wspólnie, jakie stawiać jej cele i w jakim kierunku kształtować. Mówiliśmy dla przykładu o ilości tekstów, czy częstotliwości aktualizacji. W tym roku, chcąc nie chcąc, cel został zrewidowany do tego, by dotrzeć właśnie do momentu, w którym dzisiaj jesteśmy - dotrzeć w miarę w dobrym stylu, przede wszystkim cało i zdrowo. Czy się udało? A jakże. Uważam, że z całkiem dobrym bilansem. Ludzie, którzy poświęcają zgiełkowi swój cenny czas dowiedli, że miarą doskonałej ekipy jest to, jak radzi sobie w trudnych momentach. Choć tzw. pierwotna redakcja została mocno osłabiona, nadjechały dwie lokomotywy, w osobach Czarka i MiSiA, i bez zbędnego gadania pociągnęły zgiełkowy skład do przodu. Również dotychczasowi autorzy pozostali na całkiem przyzwoitym poziomie aktywności, dodając stronie nieco własnego materiału. Najważniejsze jednak, że pojawiły się nowe twarze - dowodzi to, że wokół jest potencjał i ‘moc’. Dowodzi również, że można pisać o innych zagadnieniach, niż to, z którego strona się oryginalnie wywodzi. Trzymam kciuki, by udało nam się utrzymać podobny kierunek.
Mówiąc o konkretach, nie sposób nie zauważyć, że znakomitą większość roku poświeciliśmy systemowi DBA - od obserwacji blogowych poczynań pierwszego półrocza, poprzez relacje z kampanii, pojawiające się galerie kolejnych armii, poprzez organizację pierwszego krakowskiego turnieju, do pięknego finału, jakim była publikacja polskiej wersji przewodnika. Choć DBA wybiło się zdecydowanie na pierwszy plan, było też sporo innych tematów - kilka mocnych recenzji podręczników GW, poszerzenie ‘naszych armii’ w sekcji fantastycznej, tak lubiane i komentowane grupowe zabawy modelarskie, mordheimowy powiew blogowy, wreszcie solidne wprowadzenie do co najmniej trzech systemów bitewnych. Wszystkim zaangażowanym w powyższy wkład serdecznie w tym miejscu dziękuję! Naturalnie liczę, że dacie z siebie więcej, ho, ho.
Mówiąc o celach na przyszły rok wspomnę tylko jeden - po prawdzie moje własne, ciche i skromne życzenie: by na stronę pisało jeszcze więcej osób, które mają niejedno w ogólnie pojętym hobby bitewnym do powiedzenia i pokazania, i których w tym kraju (o czym jestem święcie przekonany) jest sporo. Pierwsze jaskółki na horyzoncie można już dostrzec. Trzymajmy kciuki.
Ponieważ, jak pisałem na początku, daty tylko umownie oddzielają czas od czasu a jutro jest po prostu kolejny dzień, prezentowany poniżej rydwan, czy raczej stan zaawansowania prac nad nim, pasuje do dzisiejszego wpisu. Lwy i pojazd gotowe w tym roku, załoga to już historia o tytule 2009. Również symbolicznie odnosi się to moich powyższych wynurzeń - rydwan zgiełku, solidna podstawa, jaką jest strona, toczy się do przodu. Czeka natomiast wciąż na chętną załogę, która do niego wsiądzie i wniesie swój indywidualny wkład w mówienie, pisanie i pokazywanie bitewnego hobby. Nie dajcie na siebie czekać! Zapraszam.
szeperd
P.S.
O samym malowaniu napiszę więcej, kiedy całość będzie już gotowa. Do usłyszenia już wkrótce.

RSS FeedRSS