czwartek, 8 stycznia 2009

Dla dziewcząt, które lubią chłopięce gry

Miałem całkiem ładny pomysł na życzenia noworoczne dla czytelników naszej strony i mojego bloga. „Happy New War” chciałoby się krzyknąć, mając oczywiście na myśli miniaturowe pola bitew i te nieznane obszary, które wciąż czekają na odkrycie przez nas. I co z tego, że pomysł był, skoro wnoszenie takich okrzyków, kiedy codziennie jesteśmy świadkami prawdziwych wojen, wydaje się wyjątkowo niestosowne.

Szczególnie niepewnie poczułem się z powodu kolejnej odsłony najbardziej marketingowo napompowanej wojny na bliskim wschodzie. Z jednej strony mamy tam ludzi, którzy mówią: "jesteśmy gotowi poświęcić nasze dusze, naszych braci i siostry, nasze dzieci, naszych bliskich w imię tego, w co wierzymy" i co gorsza robią to, atakując przeciwnika, zasłaniając się bezbronnymi cywilami. Z drugiej mamy innych ludzi, którzy nagle odkrywają, jaka odpowiedzialność kryje się za siłą i niestety często nie dają dobrego świadectwa wyciągniętej nauki. A powinni, wszak nie tak dawno temu, w sensie historycznym, to oni byli w sytuacji nieodległej od tej, w jakiej znajdują się ich adwersarze.

W chwilach refleksji nad zjawiskiem wojny, tej współczesnej, ale też dawnej, przychodzi zwątpienie dotyczące tego czy właściwe jest zajmowanie się hobby, które wojnie właśnie jest poświęcone? Czy sprowadzanie ciężkich, ludzkich przeżyć do przesuwanych po zielonej macie, kolorowych żołnierzyków nie gloryfikuje niesłusznie czegoś, co, niejednokrotnie z dumą, nazywamy sztuką wojenną?

Swoimi wątpliwościami dzieliłem się już wcześniej z przyjaciółmi, licząc na ich opinie i przemyślenia. Powstał nawet pomysł napisania tekstu na Bitewny Zgiełk, który jednak dosyć szybko został zarzucony. Niemałą w tym zasługę miał Hubert, mój (i chyba nie tylko mój) osobisty autorytet wargamingowy, który krok po kroku zbijał moje, dość ubogie jak sie okazało, argumenty przeciw grom bitewnym. Z tamtej, niekrótkiej rozmowy, zapamiętałem jeszcze jeden fakt. Hubert przywołał bowiem na jednego z biegłych, że zastosuję nomenklaturę sądową, kultowego już powieściopisarza angielskiego Herberta Georga Wellsa.

Człowiek ten, znany nie tylko z takich powieści jak "Wehikuł czasu" czy "Wojna światów", przeszedł do historii, jako zdeklarowany pacyfista. Z tego powodu dziwić może fakt, że jest on uważany za ojca figurkowego wargamingu, a stało się tak za sprawą napisanych przez niego, w 1913 roku, pierwszych zasad gier bitewnych, mających służyć rozrywce, zatytułowanych "Little Wars". H.G. Wells powiedział, iż wszyscy dżentelmeni, zamiast sprawdzać się w polu bitwy, powinni zostać zamknięci w swoich salonikach z figurkami i zasadami wspomnianej gry i tam udowadniać swoje talenty strategiczne.

Nie wypada mi się sprzeczać z Wellsem i po prawdzie też wcale tego nie chcę. Odpowiada mi taka argumentacja. Moje małe wojny nikomu nie szkodzą, pozwalają mi sie rozerwać i sprawdzić, a że oparte są na naszej historii? Cóż, ta nigdy nie była prosta i usłana różami. Moje małe wojny nie zwalniają mnie też jednak z obowiązku pozostawania człowiekiem myślącym i czułym na ludzkie cierpienie. Te dwie rzeczy dają się połączyć.

Chciałbym więc na nowy rok życzyć wam nowych gier, nowych figur, nowych, wspaniałych potyczek umysłowych, mnóstwa czasu na nasze hobby i niezbędnej odrobiny refleksji. A wszystkim chętnym bardzo polecam zapoznanie się z grą H.G Wellsa, której pełen tytuł brzmi: "Little Wars: a game for boys from twelve years of age to one hundred and fifty and for that more intelligent sort of girl who likes boys' games and books".

Grę Little Wars można darmowo ściągnąć ze strony ManyBooks.net. Można też przeczytać te zasady wprost ze skanów wydanego w 1970 roku wznowieniu podręcznika na stronie GardenWargaming.com.


0 komentarzy:

Prześlij komentarz

RSS FeedRSS