Oby więcej takich weekendów jaki spędziłem ostatnio. Można powiedzieć, że w ostatniej chwili zdecydowałem się wybrać razem z Szeperdem do Warszawy. Wybraliśmy się pod pretekstem imprezy „Grenadier”, a tak naprawdę żeby się spotkać w pewnym niezbyt obszernym, męskim gronie. Dojechaliśmy do Warszawy prawie że równo, około 18. Żeby sprawa była jasna nie jechaliśmy tym samym pociągiem. Na peronie przywitał nas Tsar i poprowadził na hacjendę. Zaczęła się świetna zabawa. Od zakwasów półdupka i przedramienia od kręgli, przez obolałe ręce i nogi po squash’u, śmiertelne kontuzje w Blood Bowl’u i finansowe kłopoty przy pokerze, a skończywszy na bólu oczu i Parkinsonie przy malowaniu dry brush’em goblinów Sławka do WFB. Odbyliśmy nawet szokująco perwersyjną sesję zdjęciową. Oczywiście, odwiedziliśmy „Grenadiera”, oglądając planszówki, bitewniaki, książki, rekonstrukcję wojskową i wiele innych rzeczy. Było świetnie i chce się, żeby takie chwile trwały wiecznie, ale niestety szara rzeczywistość wezwała nas z powrotem do siebie. Dziękuję gospodarzowi za rewelacyjną gościnę i wszystkim, którzy brali udział w naszych działaniach. Jeszcze raz dzięki i do następnego razu. Zapraszam do Krakowa, aby z przyjemnością Was gościć. Pozdrawiam.
P.S. Na zdjęciu ja i moja gablota, if You know what I mean , hehe.
wtorek, 11 maja 2010
Nieubłagany czas
Posted by Gobos on 15:04



0 komentarzy:
Prześlij komentarz