poniedziałek, 5 listopada 2007

Harry Potter nie żyje...

...czyli ile sukcesu tkwi w tytule. Od dawna zastanawiało mnie, na czym polega poczytność pewnych tekstów, a innych nie. Każdy pisząc tekst oprócz chęci podzielenia się spostrzeżeniami i wiedzą chciałby uzyskać jak najliczniejszą grupę czytelników.

Odkąd na Bitewnym Zgiełku pojawiła się zakładka tekstów popularnych głęboko wszystko analizuję i próbuję odkryć źródło sukcesu pewnych artykułów. Moje przemyślenia skierowały mnie w stronę tytułu. Czy tytuł rzeczywiście to połowa sukcesu? A może więcej 60%,…70, 90%? Zastanówmy się jak działa internauta, bo głównie chodzi tu o teksty internetowe (choć nie tylko). Poszukiwanie materiału. Osobnik wstukuje w komputer słowa kluczowe, które pomogą mu znaleźć to, czego szuka. Później z milionów ton szmiry wybiera coś, co mogłoby być dla niego wartościowe. Przy tej okazji odwiedza miejsca, w które wcale nie chciał wejść. Czy tak tworzą się popularne teksty? Ta teoria miała sporo racji, gdy w czołówce często czytanych artykułów był tekst „Sex and violance”(nie umniejszając tutaj wartości merytorycznej samego tekstu). Dwa ważne wyrazy. Podejrzewam, że znajdują się w czołówce najczęściej wpisywanych słów w Internecie. Oczywiście sprowadzanie sukcesu tylko do tytułu byłoby spłyceniem całego zagadnienia, ale mimo wszystko jestem pewien, że to klucz do sukcesu. Ilu z nas dało się złapać na kontrowersyjny, enigmatyczny tytuł jakiegoś artykułu, po czym gdy weszliśmy głębiej okazało się to obrzydliwym chwytem? Mój wniosek jest taki, jeśli chodzi o samo „klikanie” w artykuł to w jego tytule tkwi na pewno więcej niż 50% sukcesu, powiedziałbym nawet, że często blisko 100. Oczywiście jest wiele tekstów, które swoją popularność zdobyły samą treścią i nie piszę tego wszystkiego z zazdrości ;) więc proszę się nie obrażać.

Czy ten tekst znajdzie się na pierwszym miejscu poczytnych na stronie? Jeśli moja teoria jest choć w części prawdziwa to chyba mam jakąś szansę:). Użyłem magicznych słów w tytule, większą popularność mają chyba tylko słowa odnoszące się do wspomnianych wyżej spraw mniej przyzwoitych, ale nie posunę się tak daleko. Czy kilka milionów fanów Harrego Pottera odwiedzi to miejsce? No, w sumie muszę bardziej liczyć na polskich fanów. Chyba, że napisałbym Harry Potter is dead!

PS. Ten tytuł nie ma na celu zdradzenie końca sagi o harym porterze, gdyż ja nie znam jej finału, więc proszę się nie sugerować i nie wierzyć moim słowom. To tylko chwyt, który ma na celu wielokrotne klikanie na ten blog :)

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

RSS FeedRSS