sobota, 30 stycznia 2010

Żaba, cieszysz się?

Ukradli. Kupiłem ponad trzydzieści lat temu, wstałem o trzeciej rano, żeby dostać. Tyle lat chowałem, tyle używałem i ukradli. Chuligani, smarkateria. Nie można się na moment odwrócić, od razu się inwalidzie naprzykrzą. I gdzie ja się teraz bez tego taboretu ruszę? Brzuszysko jak u słonia, nogi wiotkie, nawet do pobliskiego baru sam nie doczłapię. Było jeść tyle, piwsko żłopać? A mówili: ćwicz, sylwetkę rzeźb. No i masz. Hum. To teraz tak będę siedział tu sam, jak ten palec. A kamienie twarde, w tyłek gniotą. No nic. Posiedzę jeszcze…
Taka oto, mniej więcej, krotochwila przyszła mi do głowy, kiedy skończyłem malować Wielebnego Ropucha. A pomalować to chciałem go od dawna. Jest w tej figurce coś majestatycznego, ma też ciekawy fluff. Tak po ludzku mówiąc - bardzo ją lubię, choć armię jaszczurów oceniam różnie (między chęcią posiadania jej na półce a kompletną krytyką). W końcu skusiłem się na zakup Slanna przed zeszłorocznymi wakacjami, dość szybko zabrałem się za podstawkę i montaż całości, by w efekcie odłożyć robótkę do szafki na kilka miesięcy. Jak pisałem ostatnio, to pierwszy z zapowiadanych powrotów do większej skali. Po prostu nie lubię niedokończonych modeli, zamiast więc malować hobbitów przysiadłem do jaszczurzego kapłana. Szczerze wyznam, że: po pierwsze, bardzo mi się podoba bez kamiennego tronu, jak tak siedzi na tych kamieniach. Po drugie, tronu wcale mi się nie chce malować! Przy okazji, kto wie, z czego pochodzi tytuł dzisiejszego wpisu?

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

RSS FeedRSS