Podobnie jak początkiem ubiegłego roku, w styczniu przywitałem się z modelem do sklejania. O ile HMS Renown wziął się z nagłego napadu chęci (których jednak zabrakło na dokończenie krążownika), tym razem jest nieco inaczej. Opowiadałem końcem grudnia swoim synom i tym, jak dostałem swój pierwszy model do sklejania - krótko mówiąc, kupił mi go mój Dziadek. Pamiętam całkiem dobrze ten dzień i sklep na żywieckim rynku, w którym go nabył (byłem przy tym). Model, ma się rozumieć, pamiętam jeszcze lepiej. Jeszcze tego dnia zacząłem go składać. Potem miałem jeszcze ze trzy takie. Ten pierwszy to był 1987 rok…
Kiedy odwiedziliśmy ostatnio Dziadka, mój syn przypomniał mu tę historię. Dziadek niemal natychmiast wyjął kilka dyszek i kazał mi niemal natychmiast kupować ‘Łosia’. Bo to właśnie o tym bombowcu polskim mowa. Poszperałem nieco po Internecie i szybko znalazłem. Pudełko wyglądało inaczej, niż to sprzed ćwierćwiecza. Jednak ramki z częściami wyglądały na identyczne.
I faktycznie są, jednak muszę stwierdzić, że te dzisiejsze nie umywają się do jakości z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Wszystko to wychodzi w praniu, w trakcie montażu, który posuwa się powoli. Plastik dużo mniej dopasowany, bardziej miękki. Ale nie zrażamy się tym ani trochę.
Dla wygody postanowiłem, że pomaluję go akrylami. Nie mam oczywiście aerografu, więc wszystko pójdzie ręcznie. Nie będę tez specjalnie kupował nowych kolorów - posłużę się tym, co mam w domu. Wiem, że to zamach na historyczną poprawność ale co tam, jest super. Za każdym razem, gdy siadam do montażu, wracam do tamtych pierwszych kroków: noża którym zaciąłem się kilka razy w palec, kleju, który się wiecznie rozlewał i brudził owiewki, własnej nieporadności, ale i ogromnej ciekawości i satysfakcji z ukończonych prac. Ot, modelarstwo wspomnieniowe.


2 komentarzy:
Łoś to i moje dzieciństwo. I początek modelarstwa.
The same, the same ;)
Prześlij komentarz