poniedziałek, 6 lipca 2009

Przyczyna i skutek


Mniej więcej dwa tygodnie temu pokazywałem na blogu oddział włóczników, którym do pierwszego szeregu wstawiłem załoganta, zdemontowanego z jednego z rydwanów, jakie posiadam na stanie armii HE. I to właśnie jest przyczyna, która zaowocowała prezentowanym dzisiaj skutkiem. Ale to nie jedyny element tejże historyjki. Dobra, zróbmy to wg chronologii. Już nie pamiętam ile lat temu (może trzy?) pojawiły się w sieci miniatury Avatars of War. Pojedynczy bohaterowie, mocno charakterystyczni, projektowani i odlewani z myślą o włączaniu ich w skład warhammerowych armii. Skoro tylko pojawił się elf, musiałem go mieć. Poprosiłem brutala o przysługę i już niedługo po tym figurka trafiła w moje ręce. Do dzisiaj pamiętam pierwsze wrażenie – byłem rozczarowany. W głównej mierze tym, że wygląd i wykonanie nie do końca odpowiadały mojemu wyobrażeniu o jakości tej figurki, jakie zbudowałem sobie oglądając w sieci oferowany wzór. Było nie było, postanowiłem, że bezzwłocznie przystąpię do malowania i… No właśnie. Chciałem włożyć figurkę do nacięcia w podstawce (standardowa operacja), lekko nacisnąłem i złamały się obie stopy. O rzesz! Tego za wiele. Wizja wiercenia i naprawy uszkodzeń, jak również to, że choć to piesza figurka, trzeba ją złożyć z kilku elementów (łuk, płaszcz, ręka), tak mnie zniechęciły, że wrzuciłem to wszystko do ciemnego kąta, byle z dala ode mnie. I tak sobie ten modelarski wyrzut sumienia leżał i leżał, aż pewnego dnia odwiedził mnie Gobos. Przeglądając razem jakieś bitsy i starocie natrafiliśmy na bohatera (dzisiejszego wpisu?). Poprosiłem więc kolegę, który to słynie z wykonania ciekawych podstawek jak i nie boi się wiercenia i sklejania, o naprawienie pacjenta i niesztampową bazę pod niego. Nie był to jednak priorytet, więc tym razem figurka przeleżała u Gobosa. Podczas ostatnich odwiedzin wiedziałem już, że trzeba sprawę rozwiązać.
Tym bardziej, że w głowie kiełkował mi już prezentowany dzisiaj pomysł. Gobos w try miga nawiercił i zmontował figurkę – przy tej czynności ucięliśmy sobie pogawędkę nad średnią jakością odlewu i stopu, nad sporym poziomem skomplikowania przy montażu poszczególnych części itd. Tuż po powrocie do domu przymierzyłem do rydwanu – wyszło tak, jakby ktoś projektował bohatera z myślą o takim zastosowaniu. Matko jedyna! Tyle słów na tak prostą historię? Zatem już kończę. Po nałożeniu green stuffu i zeszlifowaniu go (sporo pracy, szczególnie na łączeniu płaszcza), pomalowałem elfa w niecałe dwie godziny, przyjmując kolorystykę zbliżoną do rydwanu. Niestety burta zakrywa połowę (dosłownie) efektu, więc widać go tylko od pasa do góry. Jeszcze w tym tygodniu zamierzam wypróbować, pierwszy raz w mojej batlowej karierze, wystawienie go do bitwy. Ciekawe, jakie będą tego efekty na stole? Dodam, że, jak widać na zdjęciu, zmieniona jest także podstawka rydwanu – wszystkie trzy, które posiadam, mają już nowy wzór.

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

RSS FeedRSS