Bohumil Tichy rządził miastem najlepiej, jak potrafił. Kochał to miejsce, szanował tych ludzi. Tutaj się urodził i tutaj chciał umrzeć. Ale nie tak… Spojrzał na rozszarpane zwłoki, rozrzucone wokół w nienaturalnych pozach – Co ich zabiło? Myślałem, że wilki mamy z głowy? – zwrócił się do żołnierza stojącego obok. Lejtnant Vladimir Bykow od niedawna dowodził oddziałem stacjonującym w tym mieście i jego doświadczenia ograniczały się do murów koszar
– To musiały być wilki. Wiele z nich uciekło na pustkowia. Teraz pewnie wróciły – odpowiedział mało pewnym głosem.
- To nie były wilki – usłyszeli stary, zmęczony głos za plecami. Mężczyźni obrócili się równocześnie. Nad zwłokami pochylał się jakiś żołnierz. Bohumil widział długie, siwe włosy spływające po plecach klęczącego; mundur i broń wyglądała na mocno wysłużoną.
– To ścierwojady, a na ich czele jest wampir – mężczyzna odwrócił się ukazując straszliwą bliznę przez połowę twarzy, zniekształcającą całkowicie jego rysy. Lewe oko pokrywało bielmo. Bohumila przeszedł dreszcz, cofnął się odruchowo.
– Nie strasz ludzi tymi swoimi bzdurami Żukov! – wybuchnął porucznik w dziwnym napadzie wściekłości – Zbierzcie zwłoki, trzeba ich pochować! – wykrzykiwał plując śliną na wszystkie strony. Odwrócił się i kontem oka spojrzał na burmistrza. Tichy udał, że nic nie zauważył. Niewidzącymi oczami wpatrywał się w kilkanaście ciał leżących w kałużach krzepnącej krwi. Nic nie powiedział. Wmawiał sobie w myślach, że nie wierzy w wersję starca. Podświadomie jednak czuł, że coś wisi w powietrzu. Zbliżała się zima.
Baron Vass Farkas przypatrywał się z ukrycia jak kilkudziesięciu ludzi kręci się na cmentarzu chowając zwłoki. Był wściekły, że nie zdążył usunąć trupów z drogi. Wszystko poszło nie tak, nie powinni atakować na środku traktu, ale nad ghoulami czasem ciężko zapanować. Ich rządza mordu była zbyt wielka, zbyt długo się nie pożywiały. Wbił z wściekłością pazury w drzewo i rozharatał je prawie w drzazgi. Ma jeszcze zbyt mało siły, ale teraz nie ma już wyjścia. Kwestią czasu jest odkrycie przez ludzi co tu się naprawdę dzieje. Miał szczęście, że ci są zbyt tchórzliwi, żeby uwierzyć tamtemu starcowi. Nie chcieli dopuścić do swoich słabych, nędznych umysłów jaka jest prawda.
- Ale tamten wie! – wyszeptał złowieszczo, spoglądając błyszczącymi, zielonymi ślepiami na starego weterana. Odwrócił się gwałtownie i z niewiarygodną szybkością ruszył w głąb lasu. Jego muskularne ciało bestii poruszało się rytmicznie, mięśnie napinały się nienaturalnie, każde ścięgno pracowało napięte do granic możliwości. Sylwetka pojawiająca się i ginąca w gąszczu lasu zaczęła przypominać olbrzymiego wilka, stał się wilkiem.
Gdy zapada zmrok z ukrycia wychodzą stwory nocy. Gdy zapada zmrok żaden człowiek nie pojawi się na tej nekropolii, zmrok jest moim przyjacielem. Farkas przybrał z powrotem postać humanoidalną bo tylko w takim stanie może odprawić inkantacje. Przebieg zdarzeń zmusił go do szybszego działania, zmusił do próby, na którą jeszcze nie był gotowy. Nie odzyskał jeszcze pełni sił, ale musi spróbować. Świeże ciała zakopane dzisiaj są dobrą okazją, żeby zyskać posłusznych jego woli poddanych – zombich. Jednak „ciepłe” jeszcze ciała są najtrudniejsze do ożywienia, jest w nich jeszcze za dużo życia. Musi spróbować. Otaczające go ścierwojady z lękiem spoglądały na swojego Pana. Mimo, że to bezlitosne bestie, odczuwają przed nim strach. To on decyduje o ich życiu i śmierci. Na obliczu wampira widać było skupienie. Wszystkie mięśnie napięły się, niczym w rytm wysiłku jego umysłu. Uniósł drżące, olbrzymie ramiona i zwrócił je w stronę świeżo usypanych mogił. Gardłowym, chrapliwym szeptem zaczął wymawiać słowa magii umarłych, słowa podnoszące zwłoki ze śmiertelnego snu. Z każdym kolejnym słowem jego głos nabierał siły, a ciałem wstrząsały silniejsze konwulsje. Mokra ziemia jednego z grobów zaczęła drżeć. Wysunęła się z niej krwawa miazga, która jeszcze niedawno była tętniącą życiem dłonią . Zombie powoli stanął na nogi, chwiejąc się niepewnie. Wampirowi nagle załamał się głos, trup wydał z siebie okropny charkot z rozszarpanego gardła i rozprysnął w strzępy, obrzucając stojące postacie kawałkami mięsa i krwią.
Farkas ze zwieszoną głową upadł na kolana. Dyszał ciężko z wysiłku i wściekłości. W pewnym momencie zerwał się z rykiem i wbił swoje olbrzymie szpony w szyję najbliższego ghoula. Zwłoki upadły na ziemię, głowa potoczyła między pozostałych. Wampir obluzgany krwią przydeptał zwłoki jedną stopą i wychylił się błyskawicznie do przodu. Reszta ścierwojadów w panice zerwała się do ucieczki. Nie wszyscy mieli szczęście uciec, kolejny ghoul zacharczał, trysnęła czarna posoka a z jego piersi wystawały długie pazury. Wampir wgryzł się w oba ciała łapczywie sącząc krew. Potrzebował odzyskać energię, aby zrealizować swój plan ratunkowy. Tym razem wściekłość dodała mu sił. Odrzucił suche zwłoki i ponownie rozłożył ręce, gotowy do inkantacji. Tym razem wykrzyczał ją upiornym wrzaskiem. Nie mógł pozwolić sobie na kolejny błąd. Sytuacja, w jakiej się znalazł, niemal bez wyjścia, zmusiła go do maksymalnego skupienia. Cmentarz wypełniły nienaturalne dźwięki. Z ziemi wychodziły nagie kości. Umazane gliną, stare i pożółkłe szkielety zaczęły stawać na nogi i zbliżać się do głosu, który je wzywał, głosu ich Pana. Grzechot, szczęk i klekot kości wypełniły cały cmentarz. Horda upiornych kościotrupów zapełniła nekropolię. Tym razem się udało, moja armia rośnie w siłę.
Peter Żukov widział bardzo wiele okrucieństw i grozy tego świata. O wielu z nich chciałby zapomnieć, wielu nigdy nie zobaczyć, nie odczuć. Zdecydowanym ruchem wydobył z pochwy miecz, zdobiony dziwnymi symbolami Sigmara. Upłynęło już wiele wiosen jego ciężkiego życia, większość spędził w armii. Sprawdził ostrze z magicznymi symbolami ochronnymi, a potem z powrotem schował. Był już zmęczony, a jego dzisiejsze odkrycie zapowiadało kolejne koszmarne przeżycia. Usiadł przy ognisku i zapalił fajkę. Zaraz musi ruszyć. Nie mógł pozwolić, żeby przez głupiego dowódcę miasto legło w gruzach, mieszkańcy nie dożyli świtu. Wiedział, że grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo jeśli w porę nie podejmą działań. Nie było czasu do stracenia. Musiał szybko znaleźć dowody na obecność nieumarłych. Wokół zapadła dziwna cisza. Żukov wyczuł czyjąś obecność. Migocący ogień przez moment rzucił na ziemię obok niego niewyraźny cień postaci. A więc nie zdążyłem. W ogniu zasyczała krew.
Tym razem przedstawiam oddział szkieletów w dosyć solidnej liczbie 30 sztuk. Malowanie, jak obiecałem, bez żadnych „hura”. Klasyczna kość, sporo metalu oraz czarne i fioletowe wykończenie elementów szmacianych. Modele to jedna wielka zbieranina różnych edycji i różnych „marek”. Nie jestem w stanie określić, które modele są skąd, ale mam nawet egzemplarze z początku lat osiemdziesiątych. Wszystkie figurki są metalowe, bo takie było założenie. Tylko część wyposażenia to plastik – jakieś brakujące ręce, nogi oraz wszystkie tarcze. Te ostatnie to także zbieranina z różnych armii - celowo uszkodzone, postarzone, aby lepiej wpasowały się w klimat całości. Dodatkowo postanowiłem, że wszystkie moje oddziały będą miały zrobione podstawki pod całe regimenty. Tak więc w ramach sprawozdania dodam, że wykonałem wszystkie zaległe podstawki, tj. pod poprzednie oddziały ghouli i wilków.
Pomalowane: 51 modeli (25,25%)
Ilość punktów: 538 (16,34%)






0 komentarzy:
Prześlij komentarz