Zwykle w okresie letnim, szczególnie po powrocie znad morskiego wybrzeża, budzą się we mnie stare inklinacje marynistyczne. Najczęściej też towarzyszy im jakiś chwilowy przebłysk słomianego zapału. Ze dwa lata temu odwiedziłem Gdynię - skończyło się na podklejeniu wręg do modelu Błyskawicy na karton. W tym roku jest podobnie. Co prawda nie dotarłem podczas wakacyjnych wojaży do Porstmouth, za to w zupełności wystarczył mi widok kilku żagli. Po powrocie nabyłem więc nieśmiertelnego Małego Modelarza, a wczoraj miałem już gotowy szkielet. Który to już raz sklejam ten model? Tak, trzeci. Pierwsze dwa to czasy szkoły podstawowej i okres modelarskiego hobby, bez którego pewnie nie malowałbym dzisiaj figurek (wiem, powtarzam się). Wracając do tych pierwszych dwóch podejść do modelu potężnego, drewnianego liniowca, to pierwszej próby nie pamiętam prawie wcale. Bardzo prawdopodobne, że dotarłem do etapu doklejenia tekturowych żagli, ale pominąłem przy sklejaniu na pewno z 70% części. Drugi raz pamiętam znacznie lepiej. Kadłub nawet podobał się gościom moich dziadków, bo okręt stał przez jakiś czas właśnie u dziadków na telewizorze. Jednak maszty i żagle były kompletną prowizorką. Jak skończył pierwszy egzemplarz? Pewnie spaliłem go gdzieś na podwórku. Drugi spadł ponoć z rzeczonego telewizora podczas przeciągu i babcia, zapewne, ukradkiem go zutylizowała. Do trzech razy sztuka? To się okaże. Dzisiaj, w każdym bądź razie, mogę odtrąbić położenie stępki (w oryginale było to siedem dębowych bali, o łącznej długości 53 metrów) - w modelarskim wydaniu będzie się to równało gotowemu szkieletowi, który znajdziecie na zdjęciu. Zgodnie z instrukcją, nakleiłem wręgi na gruby karton, a następnie dopasowałem całość na sucho, by wreszcie scalić wszystko klejem. Co to za jednostka? No właśnie…


0 komentarzy:
Prześlij komentarz