
Ano wróciłem. Z urlopu, ma się rozumieć. Niemal dwa tygodnie, zmiana klimatu, miejsca (i diety), a nade wszystko czas spędzony z Rodziną to właśnie moje, tegoroczne, popularnie ochrzczone, ładowanie baterii. Udało mi się uzyskać całkiem przyzwoity poziom zasobów generatora! Gdzie? Dość patriotycznie, bo w Polsce, przede wszystkim nad ukochanym Bałtykiem. Pogoda dopisała, różnorodność serwowanych sobie rozrywek także. Ku mojemu zadowoleniu otarliśmy się i o historię Pomorza Zachodniego, która, jest mi do dzisiaj mało znana. Spotkanie to było możliwe głównie za sprawą dziejów odwiedzanej miejscowości, czyli Darłowa. Już po dwóch dniach zorientowałem się, że dość wyraźny jest tu (niemal) kult króla Eryka, do tego, tu i ówdzie, pojawiała się niezwykle intrygująca nazwa dynastii Gryffitów, zajrzałem oczywiście do gotyckiego (ponoć jedynego nad morzem) zamku i miałem okazję podziwiać urokliwy ryneczek. Będzie o czym czytać w najbliższym czasie - muszę bowiem koniecznie poszerzyć wiedzę w odwiedzanych kwestiach. A wieczorem stara marynistyczna dusza mogła nacieszyć się do woli - port, długa keja, stylizowane statki wycieczkowe. Mogłem puścić wodze fantazji, oglądając te ostatnie, podczas wyjścia na otwarte morze i wyobrażając sobie, ze oto rusza wielka wyprawa ku Nowemu Światu. Nie szkodzi, że armaty były tylko atrapą, a spod bocianiego gniazda na stermaszcie wystawała końcówka rury wydechowej. W zupełności mi to nie przeszkadza. Czy myślałem podczas urlopu o moim hobby? Tak, ale zupełnie na luzie, w postaci robienia leniwych planów na nieodległą przyszłość i cieszenia się, że takowe (hobby i plany) posiadam. Fajnie…



0 komentarzy:
Prześlij komentarz