Odezwała się do mnie, nie dalej jak początkiem tygodnia, ekipa z bielskiego Gnoma - chodziło o zaproszenie na Mistrzostwa Podbeskidzia w WFB. Impreza, można powiedzieć, ze sporą już tradycją a na dodatek brałem w niej swego czasu udział (z miernym efektem, przyznać należy). Gdzieżbym jednak miał czas się wybrać w tym roku! Powodów kilka, te co zwykle od dłuższego czasu. Nie specjalnie jednak ubolewałam, że nie wezmę udziału, tym bardziej, że był to efekt świadomej decyzji. Dla przykładu: cała niedziela poza domem to luksus, który obecnie absolutnie nie wchodzi w grę Przy okazji utwierdzałem się (zupełnie sam, bo dialogu na ten temat ze mną nikt nie prowadził) kilkoma ‘na nie’, które wyrobiłem sobie grywając kilka lat temu w bielskiej lidzie. Ale nie byłbym też do końca sobą, gdybym nie wykroił godzinki z dzisiejszego dnia w celu udania się do zakamarków gnomowskiego klubu (po prawdzie wiedziony zamiarem kupienia washa z nowej palety GW. Czy pisałem już o ogromnych zaletach tego produktu?). Cóż, poszedłem. Sklep otwarty, więc transakcja się odbyła. Przy okazji kuknąłem na katalog GW 2009, obejrzałem ostatnią premierę, a więc wart 700 zł stół do grania - piękna rzecz, absolutnie zachwycająca. Na potrzeby polskiego rynku powinna jednak kosztować najwyżej 70 złotych. W końcu, nieco leniwie, polazłem na salę, w której toczono bitwy o mistrzowski tytuł, spodziewając się tego co zwykle, ciesząc się w zasadzie jedynie z tego, że będę miał okazję spotkać starych znajomych. Znajomych spotkałem - faktycznie było to miłe. Przede wszystkim jednak pozytywnie mnie zatkało. Doliczyłem się 28 graczy, w tym sporo przyjezdnych. Największe wrażenie zrobił na mnie jednak poziom walczących na stołach armii - coś, czego w Bielsku wcześniej na taką skalę nie widziałem. Nie pomylę się, kiedy powiem, że ponad 80% kolekcji było w pełnie pomalowane! W dodatku pomalowane na bardzo dobrym poziomie, z kilkoma perłami włącznie. Przemykałem więc od stołu do stołu, podziwiając pomysłowość i wykonanie prac biorących udział w turnieju i żałując, że nie zabrałem aparatu. Damn!!! Odetchnąłem również batlowym powietrzem - niezdrowymi emocjami, kupą (o rzesz, niefortunne słowo w tym kontekście) żartów i śmiechu. Potem było to co zwykle - godzinka trzasnęła jak z bicza, wsiadłem, jak zwykle po obcowaniu z batlem, lekko oszołomiony do auta. Kłucie w dołku, trochę pochlipywania, że nie mam już na to czasu, kilka rozmarzonych zamiarów. Ech. Jak swego czasu zwykł mawiać brutal, za rok się na pewno wybiorę!


0 komentarzy:
Prześlij komentarz