
Otóż to – nie ma, jak przypomnieć sobie stare dobre czasy, związane z piwem, paluszkami i batlem do czwartej rano. W weekend moje skromne progi zaszczycił sam Gobos. Dwa wyśmienite dni, które objęły między innymi kino i porywających „300”, nocne rozmowy o konwersjach i zaciętą bitwę za 2500 punktów. Bitwę, w której kości sprzysięgły się przeciw Gobosowi i bitwę, która podniosła moje kiepskie morale (głównie po ligowych porażkach) i przywróciła wiarę we własne umiejętności generalskie. Przy okazji natrudziliśmy się nieco fotograficzno-kronikarsko-kartograficznie i już wkrótce, zamieścimy sporych rozmiarów raport bitewny.
0 komentarzy:
Prześlij komentarz