poniedziałek, 2 lipca 2007

Mars za nami...

Kampanię “Marsu Ultor” skończyliśmy już jakiś czas temu. Ogólna ocena jaką graczy wystawili rozgrywkom była bardzo pozytywna. Najlepszym zaś dowodem na to, były pojawiające się pytania, kiedy następna tego typu impreza i w co tym razem będziemy się bawić? Moja odpowiedź była zawsze taka sama. Następna impreza będzie, ale dajcie troszkę odetchnąć.

Oddech i dystans był zdecydowanie potrzebny. Warto było odreagować jeszcze emocje i w myślach prześledzić to wszystko jeszcze raz, znaleźć plusy i minusy tego całego zamieszania, któremu nadaliśmy imię Marsa Mściciela.

Do kampanii przygotowywaliśmy się około 8 miesięcy, to bardzo dobrze, dało to czas wszystkim graczom na spokojne przygotowanie swoich armii i zapoznanie się z regułami gry, gdyż ta dla większości była nowością. Mieliśmy czas również na przygotowanie zasad i makiet. Warunek wystąpienia w turnieju, pomalowana w 100% armia, został spełniony w całej rozciągłości. Żaden z graczy nie wyłamał się z szeregu, to naprawdę bardzo budujące. Gorzej było z makietami i zasadami. Ich przygotowanie, pozostawione na ostatnią chwilę, spowodowało, że te elementy nie były do końca zadowalające. To się musi w przyszłości zmienić.

Zorganizowaliśmy dwa spotkania zajazdowe w dwóch miastach Polski, w czasie których głównie graliśmy, choć traktowaliśmy je również jako towarzyskie spędy starych znajomych. To również sprawdziło się świetnie, choć przy pierwszym zjeździe, trochę zbyt słabo pilnowaliśmy aby się nie rozpraszać, w wyniku czego rozegraliśmy znacznie mniej bitew niż moglibyśmy. Na drugim zjeździe było już jednak znacznie lepiej.

Moją osobistą porażką były zasady gry, które nie do końca sprawdziły się w tego typu kampanii. Duży wpływ na ich formę miało moje zamiłowanie do symulacyjnych gier planszowych i moje pomysły pasowały bardziej do takiej właśnie formy zabawy. Wprowadzanie ich do bitewniaków było błędem, który naprawiłem dopiero przy drugim zjeździe kiedy to stare zasady wylądowały w koszu, za to pojawiły się nowe, które bez chwili zastanowienia mogę nazwać turniejowymi.

Pierwotne plany przygotowania akcesoriów do gry również nie do końca się powiodły, a szkoda. W tym zakresie jedynym sukcesem były oddziały najemnicze, które przy ogromnej pomocy moich przyjaciół stały się faktem i poważnie urozmaiciły zabawę.

Podsumowując całość moich przemyśleń trzeba powiedzieć, że zdarzały się jeszcze błędy, i to zbyt dużo jak na tego typu przedsięwzięcie, ale rokowania na przyszłość są obiecujące. Również nabyte doświadczenia na pewno zaprocentują. Całą imprezę ocenić należałoby na mocną czwórkę, ze wskazaniem na poprawienie oceny w następnym terminie. A co z następnym razem? O tym napiszę w kolejnej notce...

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

RSS FeedRSS