niedziela, 12 sierpnia 2007

Czasem trzeba...

„Czasem trzeba trochę popiłować”. To cytat z Tsara, z dnia wczorajszego. Czasem? Trochę? Oj, nie tak sobie wyobrażałem batlową emeryturę malarską. Sądziłem, że od czasu do czasu jakaś figurka sama do mnie przyjdzie i złoży podanie o nałożenie kolorów. Mając wczoraj niesamowitą chęć na malowanie, wyczekiwałem tego momentu. I co? I nic, żadna się nie zjawiła. Wszystkie bowiem leżą w częściach, nie przygotowane do malowania, nie mówiąc o oczyszczeniu ich z fabrycznych wad. Ależ byłem niezadowolony! Nienawidzę pracy z pilnikiem, wiertarką i poxipolem. Czarna, niewdzięczna i brudna robota, a na końcu i tak cały świat internetowych krytyków wytknie człowiekowi, że „o tu! nieoszlifowane!!! badziew jakiś pokazujesz! Ihaaa”.
Zamiast więc ukierunkować przypływy weny na malowanie, oddałem się opisywanemu wyżej zajęciu. Udało mi się częściowo przygotować jedną figurkę, nad drugą muszę jeszcze popracować z greenstuffem, trzecia wreszcie to zaledwie 75% zaawansowania w składaniu. Na zdjęciu można zobaczyć, o kim mowa. Przy okazji więc, prezentuję dzisiaj swego rodzaju ‘sneek peak’.
Wymiękłem wczoraj tuż przed północą, ale koniecznie chciałem jeszcze coś pomalować. Znalazła się jedna ofiara z gotowym podkładem (nie licząc Eldarów, których posiadanie zaczyna mnie świerzbić). O nieszczęsny! Dostał dwa kolory i trzeba go będzie malować od nowa. Mówię o slayerze ungrima…
Perspektywy są niestety równie kiepskie. W pudełku czeka na mnie jeszcze sporo niezłożonych miniatur. Zaczynam tęsknić do czasów, kiedy do woli wyciągałem z półki przygotowane figurki – zwykle według nastroju, impulsu czy pod wpływem chwili. Ech, pojęczałem dzisiaj znowu...

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

RSS FeedRSS