Ostatni miesiąc, może troszkę dłużej, to czas intensywnych, hobbystycznych powrotów w moim wykonaniu. Pierwsze półrocze tego roku obfitowało w przeróżne wydarzenia, które, chciałem czy nie, odrywały mnie od mojej pasji. Co prawda cały czas robiłem coś na Bitewny Zgiełk, domalowałem armię i zagrałem nią w kampanii, ale wszystko to znajdowało się w cieniu ważniejszych, życiowych sytuacji. Jeszcze jedną rzeczą, którą umknęła mi zupełnie, to cotygodniowe spotkania wargamingowe w pracowni STRATEG, w których naprawdę lubiłem uczestniczyć.
Wczoraj w końcu udało mi się to zmienić. Pobłogosławiony przez żonę i oficjalnie nagrodzony całym dniem wychodnego, pobiegłem z samego rana na Mokotowską. Tam oczywiście było grane... Przy dużym stole nakrytym suknem rozgrywała się batalia z okresu II Wojny Światowej, w której niemieckie siły szturmowały okupowaną przez Sowietów wioskę. Gra rozgrywała się w systemie G.I.Commander, który charakteryzuje się dość skomplikowanymi, w dużym stopniu wiernie symulującymi rzeczywistość zasadami. Wielogodzinną rozgrywkę zakończył, jak to powiedział jeden z grających, brak inicjatywy do dalszego szturmowania umocnień ze strony Niemców. Początkowe, kosztowne błędy, spowodowały, że Sowieci pozbawili ich wsparcia ze strony ciężkiego sprzętu i pozostawiły piechotę w bardzo ciężkiej sytuacji.
Przy mniejszych stołach rozstawiono dwa pola bitwy do systemu DBA. Na jednym Ateńczycy ścierali się w braterskiej wojnie ze Spartanami, na drugiej zaś Partowie karali Armeńczyków za ich służalczość względem rzymskiego najeźdźcy. Skorzystałem z okazji i zająłem pozycję dowodzącego Partami. Zadanie nie było łatwe, bowiem moja armia składała się wyłącznie z jazdy, w większości słynnej, lekkiej kawalerii partyjskiej, przeciwnik zaś posiadał dodatkowo niemało lekkiej piechoty, a teren był wyjątkowo niesprzyjający. Armeńska jazda zajęła bezpieczne pozycje w centrum pola pomiędzy stromymi wzgórzami a lasem, zaś ich flanek broniła ukryta w tym ciężkim terenie piechota. Już w pierwszych chwilach bitwy zauważyłem, że nie mają się też zamiaru w ogóle stamtąd ruszać, zmuszając mnie do wejścia wprost w paszczę lwa i ryzykowania otoczeniem. Pozorując ruchy na flankach, udało mi się wywabić część piechoty z dala od głównej linii wroga. Nieco niezdecydowania w działaniach piechoty dało mi czas do zaatakowania centrum wroga. Uderzenie udało się lepiej niż mogłem się spodziewać. W jego wyniku Armeńczycy stracili dwa elementy jazdy, linia została podzielona i odrzucona w tył w pobliże swojego obozu. Ten cios jakby ocucił mojego przeciwnika i w odważnych posunięciach jego piechota pozbawiła mnie jednej z harcujących jazd i, o zgrozo(!), generała. Przy stanie 2:2 udało mi się jednak zapędzić Armeńskiego wodza w pułapkę bez wyjścia i pozbawić go życia. Krwawa bitwa, bitwa podczas której zginęli obaj generałowie, skończyła się wynikiem 3:2 dla Partów, czyli dla mnie. To była naprawdę ciężka i emocjonująca potyczka, która sprawiła mi naprawdę dużo przyjemności. Dziękuje Pawle!
Dzień w pracowni zakończył się bardzo przyjemną, blisko dwugodzinną, dyskusją na temat naszego wspólnego hobby. Przyznam się, że bardzo mi tych spotkań brakowało i daję słowo, że będę częściej wybierał się na Mokotowską. Człowiek musi mieć coś z życia.




0 komentarzy:
Prześlij komentarz