Czym byłaby Drużyna bez krasnoluda, w dodatku takiego, jak Gimli syn Gloina? Z pewnością nie tym samym. Tolkien napisał nam znacznie więcej o tych krzepkich wojownikach w Hobbicie, niemniej w samej Trylogii zabrał nas do Khazad-dum i dał Gimliego właśnie, za co jestem mu osobiście bardzo wdzięczny. Gimli jest jednym z filarów Drużyny, kimś, na kim można zawsze polegać. Mocne nogi, krzepkie grabska, tęga głowa, cięty język i morderczy koncert toporów przemawiają właśnie za takim stwierdzeniem. A przecież jest i w Gimlim coś znacznie więcej - mądrość starożytnego ludu, z jakiego pochodzi, również swoista poetyka.W samym filmie i aktor jest trafiony, i wyobrażenie postaci, i jej poczucie humoru, i tzw. choreografia walki, jaką prezentuje. Może w kilku sytuacjach dałbym mu więcej dobrych manier, może wyciął kilka nietrafionych dowcipów. Niemniej postać ta spełniła moje oczekiwania co do ekranizacji.
Figurkę maluje się świetnie - skóra i stal w głównej mierze. Podczas, gdy Gimli nabierał barw wyobrażałem sobie ten chrzęst pasów, kolczug i całego rynsztunku, z jakim się porusza, mając przy okazji jedno skojarzenie - chodząca forteca.
Komuż mógłbym go zadedykować, jak nie ungrimowi (koniecznie z małej litery)? Toż to prawdziwy Krasnolud w naszym towarzystwie. Przez lata filar różnych przedsięwzięć, nieocenione wsparcie techniczne a przede wszystkim mój dobry druh, z którym nie jeden raz skrzyżowałem topory, kufle i pędzle. Phosdrafiam!


0 komentarzy:
Prześlij komentarz