Wypadłem na dobre z warhammerowj praktyki - to już prawie rok od ostatniej bitwy. Ogólnie rzecz biorąc słabo śledzę też ostatnie poczynania firmy Games Workshop. Była jakaś premiera nowego kodeksu Wampirów, coś tam jeszcze grzebali w Chaosie. No i nie dalej jak w sierpniu koledzy z Wysp wypuścili na rynek wznowioną edycję armii Dark Elves - odświeżyli kodeks, rzucili do sklepów kilka nowych wzorów. A niech to, pomyślałem, i zakupiłem księgę. Przyznam, że z całkiem sporym apetytem na reaktywację własnych pasji. Czy do niej dojdzie, trudno powiedzieć. W tzw. międzyczasie postanowiłem się podzielić spostrzeżeniami na temat kodeksu mrocznych mieszkańców jeszcze mroczniejszej Północy.
Piszę ’spostrzeżeń’, bo, jak na wstępie zaznaczyłem, przesunąłem się sam do kategorii batlowych teoretyków. Nadto wcześniej nie miałem specjalnie dużej wiedzy o Naggaroth i jego mieszkańcach. Wszystko to sprawia, że nie podejmę się ryzyka napisania soczystej i rzeczowej recenzji, a zaledwie spiszę luźne spostrzeżenia właśnie. No i co tu owijać w bawełnę - bez tego wstępu krytyka zjadła by mnie na śniadanie (myślę głównie o miłośnikach DE oraz wielkich, stołowych mistrzach wszelkich kalkulacji - przy okazji serdecznie pozdrawiam obie grupy).
Klimat surowy, mroźny - bezbarwny?
Autorem podręcznika (oczywiście wydrukowanego w Chińskiej Republice Ludowej) jest nie kto inny, jak sam Gavin Thorpe - długowłosy, szczupły młodzieniec (przynajmniej kilka dobrych lat temu tak wyglądał), którego znawcom tematu nie muszę chyba przedstawiać.
Część kodeksu poświęcona tzw. fluffowi robi wrażenie - przynajmniej w kategoriach rozmiaru. Aż 62 strony (łącznie z tzw. Bestiariuszem) to opis historii elfiej rasy, początków wielkiej schizmy, tysięcy lat konfliktów, zagrożeń, najazdów, budowania i niszczenia. Dla złaknionych wiedzy jest to więc sporych rozmiarów kąsek. Objętość objętością, treść - to inna sprawa. Po prostu tego nie kupuję. Infantylny i czarno biały przekaz może, co najwyżej, wzbudzić uśmiech politowania. Skąd taki wniosek? Stąd, że ogrom opisanego fluffu, miejscami wcale znośnego, ba, ciekawego, zalany został morzem krwi, zasypany turlającymi się ze świątynnych schodów i obijającymi się o zaułki miast głowami nieszczęsnych straconych. Jak do tego dołożymy opowiastki o jakiś tam postaciach efliej społeczności, których imiona przywodzą na myśl tępy generator nazw, z których to postaci każda ścina głowę przed śniadaniem, po śniadaniu, w wieku dziecięcym, w wieku średnim, w wieku starczym, przed kolacją, po kolacji, w trakcie spaceru, w trakcie snu, to najzwyczajniej w świecie chce się ziewać. Anetki Helbejny i cała, równie oryginalnie nazwana, śmietanka północnej rasy jawi się tu jak brutalne, okrutne i nieskomplikowane stado zdeprawowanych hedonistów, żywiących się krwią i mordem. Nie kupuje również całego motywu z wiekowym piernikiem Malektihem - gość przypalił się kilka tysięcy lat temu, jakoś nie chce rozstać się z życiem; opętany wizją rodzinnej zemsty i ugodzonej dumy skazuje miliony (?) swoich poddanych na podłą egzystencję, wśród gnijących trupów, śliskich posadzek i przejmującego zimna (geografii tutaj tez nie rozumiem - na tej samej szerokości, w Starym Świecie, całkiem dobrze radzi sobie Imperium, a zimy są srogie ponoć dopiero w Kislevie). O ile nie znajduję nic dziwnego w polityce najazdów, niewolnictwa czy eksploracji (np. Podziemny Świat), o tyle nie mogę zrozumieć czemu tkwi uparcie w tych niegościnnych rejonach świata. Wiem - jestem jednostronny, zgorzkniały a nadto warhammerowskie hobby paruje ze mnie z dnia na dzień, jak owies z dzikiego konia. Zajrzałem jednak na polskie forum Border Princess - opinie na temat nowego fluffu można cytować - tu, ze względu na sporą oglądalność dzieci, pozwolę sobie nie przytoczyć. Zacytuję natomiast fragment jednej z historyjek: … was but a young Elf when first great sacrifice of Har Ganeth took place. As he looked up the bloody steps of the great temple, watching the heads of the High Elvess bounce to him … [i dalej] … next day leapt up to sacrificial dais, tore the blade a guard’s hand and slew first captive, showering himself in his victim’s blood [… ] koniec cytatu. Hghmm …proszę was!!!
Czy warto napisać coś o grafikach? Nie, nie warto. Na palach jednej ręki policzę te, które wnoszą coś wartościowego. Reszta jest odgrzewaniem starej zupki lub szóstym przedrukiem szmuglowanej w dwunastym poziomie kazamat czarnej arki bibuły. Czy chce mi się pisać o skromnej części ze zdjęciami miniatur? “Sądzę, że wątpię”.
Bestiariusz
Oczywiście mroczna nowość nie mogła obejść się bez zmian w sekcjach takich jak dostępne czary czy przedmioty magiczne. Ledwo kupiłem księgę a już zdążyłem usłyszeć o kilku ‘super combosach”. Zwykle głuchnę w takich chwilach. Napiszę tylko, że magia jest wciąż ofensywna, lista tzz. Giftów Khaina spora a w przedmiotach jest z czego wybierać… To było głębokie, prawda?
Nieco więcej o oddziałach. Oprócz znanej już wszystkim tendencji do zmniejszenia kosztu punktowego (np. podstawowa piechota), doszło do kilku przetasowań w poszczególnych sekcjach. Patrząc od końca, w sekcji Rare dwa wybory - bolec i hydra (pozostawiono zasadę dwóch maszyn za jeden slot). Nie ma więc wzmianki o najemnikach (ostatni trend), wypadł również wielki Kocioł (jest teraz upgradem do bohatera). W przedziale Special miejscówkę straciły Harpie. Można za to nająć nieco tańsze, rozwrzeszczane i półnagie, dzikie wiedźmy czy nieco tańszych rycerzy na jaszczurach. Bez wchodzenia w szczegóły przyznam, że szczególnie spodobały mi się zasady do oddziału Shades - można wyekwipować ich teraz w dwuręczną broń, co z pewnością doda im przewagi w pierwszym starciu. Z jednostek Core (Harpie, jak pisałem, zostały tu przeniesione, jednak nie są liczone do minimum tych jednostek), Korsarze dostali dwie nowości - zasadę, którą pozwoliłem sobie przetłumaczyć jako ‘łowcy niewolników’ oraz krótką, elegancką, podręczną kuszę repetującą. Bohaterowie, obok znanych już postaci, powiększyli się o Lokhira w obślizgłym, mackowatym hełmie. Cały mroczny zastęp dostał również zasadę Hatred, która na paniska z Ulthuanu działa w każdej rundzie. Kropka.
Miniatury
O zdanie na temat miniatur poprosiłem starego wygę, strażnika mrocznych kazamat, powiernika wielkiej łychy z khainowskiego kotła juchy, czyli samego Robsona. Wieloletnie zamiłowanie do DE i spora ich kolekcja predestynują naszego Znakomitego Kolegę to wypowiedzenia się szerzej w tej kwestii.
Od siebie dodam, że podoba mi się wzór nowej hydry. Stara wyglądała, jak … stara, w dodatku wyleniała i otyła. Ekspresja głów hydry w tamtej wersji wskazywała co najwyżej, że straszliwa ta bestia osuszyła właśnie wszystkie hektotranki z pobliskiego browaru. W przypadku ostatniego wzoru jest znacznie lepiej, całość godna polecenia i pomalowania. Równie pochlebne zdanie mam o nowych, plastikowych Korsarzach - fantastyczne, drapieżne kształty i dowolność konfiguracji sprawiają, że produkt ten niezwykle punktuje. No, może w jednym przypadku rozmiar buta oscyluje gdzieś ok. 56 (czyli między stopą karłowatego olbrzyma a nartą włochatej kreatury, która ponoć widywana jest w Himalajach). Z pewnością i nowy oddział Cold One zbierze pozytywne oceny, szczególnie w kategoriach opłacalności zakupu. Na dłużej zatrzymałem się na nowych wzorach Assasinów (łysy z chustką niczego sobie). Shades, jeszcze z poprzedniej edycji, mimo to trzymają fason. Reszta mniej lub bardziej znana - więcej w tekscie Roba.
Khainie zachowaj?
No właśnie - tylko kogo, od czego i przed czym? Mnie, od dalszego pisania, młodzież, od brania na serio klimatycznych opowiastek, miłośników armii Dark Elves przed rozczarowaniem z nowej edycji. Trudno postawić mi na koniec jednoznaczną ocenę opisywanego kodeksu - dlatego jej nie wystawię. O ile mroczne widmo, z jakim utożsamiam zamiary zbudowania niewielkiej kolekcji wokół ostatniego pomysłu brytyjskich mistrzów marketingu zmaterializuje się w nieodległej przyszłości, może wówczas podsumuje to i owo. Tym samym pora kończyć - idę łyknąć świeżej juchy, zagrać w nogę zasuszoną głową, poćwiartować paru niewolników i przeliczyć zabójczą, mroczną kombinację jakiś tam błyskotek.
Adrian Stolarczyk



0 komentarzy:
Prześlij komentarz